Blog
per fas et nefas
JPJarecki
13 obserwujących 166 notek 154533 odsłony
JPJarecki, 16 maja 2017 r.

Prawo do powrotu. Rozdział siódmy

84 0 0 A A A
Nie poczułem spodziewanego lęku. Wycie jak wycie. Dużo bardziej obawiałem się o Jędrzeja, że może nie wytrzymać tak długiego marszu, że zatrzyma nas rzeka, że zabłądzimy. Gdy minęło pierwsze wrażenie i wsłuchałem się w głosy dochodzące z głębi lasu, nie doszukałem się w nich groźby.

Na stacji benzynowej, pod wpływem relacji Krystyny, wyobraziłem sobie hordę łaknących krwi dzikusów, polujących niczym wilki na bezbronnych wędrowców, a głos zdawał się wyrażać  raczej skargę i rozpacz, nie agresję. Spojrzałem na Jędrzeja, bawiącego się wyjętym z kieszeni pistoletem. Stał milczący, zasłuchany w cichnące zawodzenia. Krystyna i Grzegorz w naturalnym odruchu zbliżyli się do siebie i ona chwyciła go kurczowo za rękę.

- Jaś i Małgosia. – Pomyślałem o nich. – Zaraz natkniemy się na chatkę z piernika.

-  Nie ma się czego bać – powiedziałem. – To bardziej przypomina jęki potępionych niż wycie pościgu. Ksiądz powinien być wyczulony na takie niuanse.

- Myślisz? – rzucił Jędrzej i głosie przyjaciela wyczułem ulgę. – Jakby nie było, idziemy dalej, komu w drogę... Poza wszystkim, nie jesteśmy bezbronnymi wędrowcami – dodał.

Ruszyliśmy, jednak ostrożni, wbrew wygłoszonej przeze mnie opinii, znowu, tak jak w momencie wejścia do lasu, zbici w ciaśniejszą gromadkę, potem żwawiej, w poprzednim tempie, ale w milczeniu, wsłuchani w coraz liczniejsze nawoływania.

Niby czujni, jednak przegapiliśmy próg, za którym las ostatecznie zamknął się nad nami. Dopiero, gdy zatrzymała nas zapora z powalonych drzew, pomiędzy którymi wybujały gniazda leszczyny, zmuszając nas do szukania lepszej drogi, uświadomiłem sobie, że już nie stąpam po jałowym, kamienistym podłożu. Tu królował mech i dziwaczne strzępiaste porosty, jakich nigdy nie spotkałem podczas leśnych wędrówek. Białe, wilgotne firany, oplatały rozkładające się, pociemniałe pnie, zwisały z leszczynowych witek.

Jędrzej próbował wejść na wiatrołom, ale jego stopa ugrzęzła w próchnie i zgniliźnie. Pokręcił głową, dając nam do zrozumienia, że lepiej zrobimy obchodząc przeszkodę. Po prawej teren się wznosił i o jakieś sto metrów widzieliśmy na tle bezwzględnego błękitu, górujące nad plątaniną krzewów, brzóz i dziwacznie powykręcanych dębczaków, korony sosen.
                                                               

                                                               *  *  *
Tu oddychaliśmy swobodniej. Grunt pokryty grubym dywanem zbrązowiałych igieł zdawał się wprost królewskim traktem w porównaniu z chaszczami przez które się przedzieraliśmy, pomimo powalonych pni, stert wyschniętych gałęzi i rosnących co kilka metrów karłowatych, skazanych na zagładę dziczek. Przede wszystkim wreszcie mogliśmy się rozejrzeć, i widzieliśmy dalej niż na kilka metrów. Zniknął dyskomfort rodzący się na podłożu nieuświadomionej klaustrofobii.

- Wspaniale – odezwała się rudowłosa. – Nie pójdą za nami, bo tu jest za dużo wolnej przestrzeni, powietrza. – Oddychała głęboko, jakby chciała się nasycić jasnym zapachem sosnowego lasu.

Co dziwne, głosy naprawdę ucichły. Nie budziły mojego lęku, ale uniemożliwiały, paraliżowały swobodną rozmowę. Zajmowały myśli, oplatały wyobraźnię wizjami bladych, anemicznych postaci, przemykających w mroku. 

Z tylnej kieszeni spodni wyciągnąłem wilgotną od potu komórkę. Wedle mojego zegarka zbliżała się szesnasta, ale przestałem już wierzyć we wskazania czasomierzy. Cyfry na wyświetlaczu telefonu pokazywały dwudziestą pierwszą, u Jędrzeja dla odmiany osiemnastą, i tej różnicy w ogóle nie próbowałem wyjaśniać.

Spojrzałem w górę na słońce jako ostateczną wyrocznię, ale z faktu, że nieco przesunęło się na zachód, nie mogłem wyciągnąć żadnych sensownych wniosków co do rzeczywistej godziny. Ile kilometrów przeszliśmy? Nie potrafiłem przypomnieć sobie, dokładnie o której weszliśmy do lasu, nie umiałem też oszacować tempa w jakim wędrowaliśmy. Jakby nie było, musieliśmy iść w kierunku słonecznej tarczy. Po przebyciu Warty wszystko miało stać się prostsze.

- Jeśli dotrzemy do rzeki, nawet bez mapy trafię do Goliny – stwierdziłem.

Teren nadal łagodnie się wznosił, a las rzednął i jak to ujął Grzegorz, cywilizował się. Ilość przeszkód, jakie stawiał na naszej drodze, malała i między drzewami pojawił się delikatny, wiejący nam w twarze wiaterek.

- Mój synek... Lubiliśmy, lubimy wycieczki do lasu. Brałam koszyk z jedzeniem i urządzaliśmy piknik pod taką jedną, znajomą leśną wydmą. Bawił się w piasku, czasem zbieraliśmy grzyby. Dzięcioł. Jak się Fryderyk ucieszył, gdy pokazałam mu dzięcioła – opowiadała Krystyna, a jej najpilniejszym słuchaczem, jakżeby inaczej, okazał się Jędrzej.

Mówiła spokojnie, z charakterystyczną dla kobiet swadą, a ten wspomagał ją pytaniami.
Moja Grażynka mówiła w podobny sposób. Dawno zauważyłem, iż wbrew obiegowej opinii kobiety nie są bardziej gadatliwe od mężczyzn, ale częściej zaczynają rozmowę, mówiąc trochę do siebie, a trochę do nikogo, pewne, że w końcu wywołają reakcję. I wywołują. Choć tylko pozornie mówiła do wszystkich, słuchałem z przyjemnością, niczym bajki, opowieści z dawno minionego dzieciństwa.

- Jest nieposłuszny, ale to wina mamy, która na wszystko mu pozwala, a w zasadzie moja, bo zamiast być przy nim przez cały czas, uganiam się za pracą, bo chcę zapewnić mu lepszy niż ja miałam start w życiu, a przecież pieniądze to nie wszystko i teraz to rozumiem. Wszystko oddałabym, by teraz być z nim, nie tutaj oczywiście, nie w tym lesie, ale tam, na słonecznej polanie. Niechby nawet psocił... – nadawała,
                                                                    *  *  *
Moi synowie, którym na potrzeby książki zmieniłem imiona i odmłodziłem o trzy lata, gdziekolwiek byli, byli z matką. Umyślnie zmieniłem ich charaktery i pozbawiłem cech charakterystycznych, ale Grażyna, która była pierwszą czytelniczką tego, co pisałem, i tak suszyła mi głowę, bym nie sprowadzał na nich, jako bohaterów literackich żadnego zagrożenia. I nie sprowadziłem, co w efekcie odbiło się na jakości dziecięcych postaci. Stały się papierowe i co rusz zmuszałem się do wzmianek, przypominających o ich obecności.

Poruszali się w powieściowym, pełnym dziwacznych wydarzeń, krwi i przemocy świecie, objęci całkowitym immunitetem. W przypływie pisarskiej desperacji zmieniłem im płeć, ale nadal nie potrafiłem rzucić ich w wir wydarzeń. Próbowałem w ogóle pozbyć się dzieci, ale to okazało się jeszcze gorszym pomysłem. Bohater i jego wybory traciły ostrość, desperacja i klęska zdrady, zmieniły się w kaprysy dziwaka w wieku średnim.

W końcu wróciłem do pierwotnych założeń i miałem nadzieję, iż tak pozostało, że w jakiś tajemniczy sposób wystukany na klawiaturze ciąg słów stał się dla mojej rodziny najskuteczniejszą tarczą ochronną. Nawet dziwaczna, czyniąca mnie obcym natrętem, rozmowa telefoniczna z sąsiadką, nie nadwyrężyła mojego przekonania. To było tak dawno! Jak szybko obliczyłem, minęło już od niej ponad pięć godzin.

W poszukiwaniu rozwiązań zacząłem przeszukiwać w pamięci tekst mojego niedorobionego dzieła, którego wydruk, co dopiero teraz sobie uświadomiłem, pozostał w aucie razem z laptopem Jędrzeja. Byłem zdany na pamięć, ale nie wiedziałem przecież, czy jeszcze cokolwiek z opisanych wydarzeń i zawartych tam konceptów miało rację bytu? Czy w ogóle chodziło tu w jakimś stopniu o książkę?
Owszem, moi bohaterowie, gdy dowiadują się o porozumieniu z domniemanym wrogiem, opuszczają Golinę i odchodzą do lasu, który otoczył zwartym kordonem miasteczko. Byliśmy w lesie, ale tamten, opisany przeze mnie w powieści był przedwieczny, pełen nie znającej człowieka zwierzyny. Dziki, powstały u zarania dziejów, las, że się tak wyrażę, nieujarzmiony, podczas gdy ten, sądząc po rzędach w jakich rósł, został zasadzony ręką człowieka.
Moi bohaterowie wchodzą w inną rzeczywistość, i podobnie jak my teraz, nie do końca stają się jej częścią, ale rozwiązanie, które jeszcze w trakcie pisania, uznałem za dość kulawe, acz otwierające furtkę do jakże pożądanego drugiego tomu, rozwiązanie, które...

- Tam jest droga! Spójrzcie, tam jest cholerna droga! – krzyknął Jędrzej, przerywając moje rozważania.

Zatrzymaliśmy się zdumieni. Faktycznie, jakieś sto metrów przed nami zobaczyliśmy coś, co mogło okazać się drogą. Wyraźna przerwa między rzędami drzew i charakterystyczny ciąg zarośli.

- Dzika róża. Takie krzewy rosną tylko przy drogach – gorączkował się Jędrzej.

Zdziwiło mnie, że ekstrapoluje doświadczenie nabyte na swoim zamkniętym, warszawskim osiedlu, a jeszcze mocniej, że użyłem w myślach słowa „ekstrapoluje”. Źle ze mną – pomyślałem – skoro sięgam tak głęboko do słownika.
                                                        *  *  *
Krzewy dzikiej róży rosły pod balkonem mieszkania na przy ulicy Powstańców, gdzie mieszkali rodzice mojego ojca i gdzie często nocowałem, podczas gdy mama pracowicie uzupełniała swoje pielęgniarskie wykształcenie. Były najlepszą kryjówką, gdy bawiliśmy się w wojnę. Budowaliśmy w ich gąszczu swoje śmieszne „niebka” układając pod kolorowymi szkiełkami dziwaczne esy floresy z płatków kwiatów, drucików i kolorowych kamyczków. Nigdy, przenigdy dzika róża nie kojarzyła mi się z drogą.

- Ja pierdolę, niebko mi się przypomniało – skarciłem sam siebie i podbiegłem, by dogonić pozostałych, którzy zdążyli dotrzeć na miejsce i stali wpatrzeni w żółto-szarą piaskownicę, która faktycznie była drogą. Biegła w poprzek trasy naszej wędrówki, przez co pomysł Grzegorza, by nią podążyć na północ, wzbudził początkowo mój gorący mój sprzeciw.

- Na północy jest morze. Do Bałtyku chcesz dojść? – wyzłośliwiłem się i nawet chciałem coś dodać o atlasie.

- Droga, to droga – z wrodzoną sobie błyskotliwością argumentował ksiądz. – Widać ślady kół, co pozwala przypuszczać, że szlak prowadzi do przeprawy przez Wartę. To ważne! – dodał całkiem niepotrzebnie, bo patrząc na koleiny zrozumiałem, iż możliwość przeprawy przez rzekę jest decydującym argumentem.

Poza wszystkim, tu, w tej odciętej od naszego czasu krainie żyli ludzie! Chwilę nam zajęło, nim zdaliśmy sobie sprawę, nim w ogóle zauważyliśmy i zrozumieliśmy znaczenie tropu. Ślad pozostawiony przez człowieka początkowo potraktowaliśmy jako coś oczywistego. Skoro droga to i ludzie, ale delikatnie rzecz ujmując, nie byliśmy u siebie.

Zeskoczyłem z metrowej skarpy i dokładniej przyjrzałem się śladom. Nie byłem żadnym pieprzonym tropicielem, ale płytkie koleiny, pozostawione przez przejeżdżające drogą pojazdy, z pewnością pochodziły od wozów, nie samochodów. Jako ostatnia, przejechała tym traktem grupa konnych.
Wyraziłem swoją opinię i odruchowo czekałem na decyzję Jędrzeja, ale on milczał. Zeskoczył w ślad za mną i też próbował badać odciski kopyt w sypkim piasku.

- Co tu myśleć? Idźmy na północ – odezwał się ksiądz. – Nawet jak dodamy z kilometr, nadrobimy tempem.

- Ślady wydają się świeże – rzucił Jędrzej.

Las szumiał, ptaki śpiewały o wolno zbliżającym się zmierzchu. Musieliśmy szybko podjąć decyzję. Jędrzej pokazując mapę, zaczął udowadniać, że nic na zmianie trasy nie stracimy.

- I tak, gdybyśmy szli wzdłuż szlaku autostrady, po przebyciu Warty musielibyśmy skręcić na północ.

- Czy w ogóle nie zastanawia was, kto używa tej drogi? - spytałem. - Umknęliśmy przed wyciem, choć zgadzamy się, że to nie wilki wyły, a gdy natrafiliśmy na diabli wiedzą czyje ślady, zamykacie oczy, bo wygodniej iść poboczem traktu, zdeptanego, być może, przez naszych niedawnych prześladowców.

- Ludzie... – bąknęła Krystyna.

- Przecież idziemy do ludzi, czyż nie? – spytał retorycznie ksiądz, ale jeszcze stawiłem opór: 

- Pewnie, że tak, bo koń sam nie zaprzęgnie się do wozu, ale już nie pytacie, jacy, kto? W tej dziczy, w tej dziwaczności, spodziewacie się oczywiście, że będą przyjaźnie nastawieni, że zabiorą nas ze sobą i chętnie podrzucą na miejsce – perorowałem. - Jasne, idziecie po to, by się wami w końcu ktoś zaopiekował, wytłumaczył, co tu się dzieje. Nie przyjdzie wam na myśl, że jesteście, jesteśmy intruzami, wycie nagonką, a konni myśliwymi albo strażą?

- Pierdolisz, wtedy czekaliby na nas – skontrował Jędrzej.

- Stary, jeśli przeczytałeś do końca...

- Nie pamiętam, żebyś pisał o konnych patrolach ani o autostradzie, ani o naszej wędrówce – powiedział,, ale z tonu głosu wywnioskowałem, że zaczął chwiać się w podjętym postanowieniu.

- O czym mówicie? – spytała Krystyna.

- Nieważne, o tym później – uciąłem.

Rozpłakała się, jakbym wyrażając swoje wątpliwości, osobiście ją uraził. Łzy to argument, którego nie sposób lekceważyć, przeto nie zdziwiła mnie kompromisowa propozycja Jędrzeja, abyśmy na próbę przeszli poboczem kilometr, tak by nie zostawiać śladów, a gdybyśmy usłyszeli tętent koni, ukryjemy się na poboczu i zobaczymy, co jest grane.

- Kilometr? – spytałem.

- Ok – potwierdził. - Zgadzacie się?

Wszyscy skinęliśmy głowami.

- A to? – Wskazałem na ślady, które sami zostawiliśmy na piasku.

Razem z Krystyną, która zajęta była ocieraniem łez, obserwowaliśmy jak naciętymi przez Grzegorza gałązkami zacierają odciski naszych butów. Gdy skończyli i stanęli przy nas, Jędrzej zapytał, jak oceniam ich dzieło.

- Wygląda, jakby ktoś naciętymi gałęziami zacierał ślady – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
                                                           *  *  *
Wzdłuż leśnej drogi szliśmy szybciej, a gdy zauważyłem, że łagodnym łukiem skręcamy na zachód, nie upominałem się już o zmianę trasy, gdy uznałem, że przebyliśmy umówiony kilometr. Maszerowaliśmy w milczeniu. Wysoki, stary las, którego skrajem wędrowaliśmy, powoli zmieniał charakter. Sosny ustąpiły miejsca drzewom liściastym, co było o tyle korzystne, iż poszycie zdominowały paprocie, w których łatwiej mogliśmy się ukryć, gdyby zaszła taka potrzeba.

Pomimo narzuconego tempa, prawidłowego kierunku i naszej determinacji, dotarło do mnie, że szanse na to, byśmy zdążyli dotrzeć do Goliny przed zmierzchem były iluzoryczne. Musiałem przyznać sam przed sobą, że realnym terminem, o ile nic nadzwyczajnego się nie zdarzy jest niedzielne przedpołudnie. Nocna wędrówka odpadała. O ile pamiętałem, nie zabraliśmy nawet jednej cholernej latarki, choć ich sterty piętrzyły się na regałach, a poza tym nawet ja odczuwałem zmęczenie, a co dopiero Jędrzej, który, choć nie poskarżył się ani razu, co kilkadziesiąt metrów potykał się i odpoczywał, poprawiając swój ekwipunek.

By nie czuł się winny narastającemu opóźnieniu, zaproponowałem kwadrans postoju. Odeszliśmy kilka metrów i usiedliśmy na wilgotnej ziemi, zrzucając z ulgą plecaki. Napiłem się ciepłej wody i zapaliłem papierosa.

Jędrzej kolejny raz przestudiował mapę i oświadczył, iż wedle niego, do rzeki zostały dwa, najwyżej trzy kilometry. Nie natrafiliśmy na zaznaczony na mapie zalew, ale być może ominęliśmy go, skręcając drogą na północ.

Przyjrzałem się wykreślonej przez niego trasie. Biegła wśród doskonale znanych mi nazw. Punkt, który zaznaczył jako miejsce, do którego dotarliśmy, znajdował się w Starym Mieście przy ulicy Topolowej. Idąc skrajem leśnego duktu, przed chwilą powinniśmy przeciąć szosę na Rychwał, ale nie było po niej śladu, czyli albo nie dotarliśmy tam, dokąd założył, albo, inaczej niż w przypadku autostrady, wszelki ślad po niej zaginął.

- To już praktycznie Konin. – stwierdziłem. - Jesteśmy jakieś osiemset metrów od centrum handlowego „Ferio”. Specjalne autobusy tam kursowały, ale nie liczyłbym, że natrafimy na cholerny przystanek. Jeśli dobrze zaznaczyłeś, droga prowadzi w kierunku Sławska albo gdzieś pomiędzy Sławskiem a Ruminem. Dobra wiadomość jest taka...  Otóż faktycznie mocno skróciliśmy, bo za rzeką zostanie do przejścia lasami, nie więcej niż jakieś pięć kilometrów. Tam, w tamtej okolicy zbierałem grzyby. Za rzeką będziemy już jakby w domu.

- Ja będę – poprawiłem się, gdy zapadło znaczące milczenie.

- Widzisz, zaoszczędziliśmy masę kilometrów – wtrącił ksiądz. – Poszliśmy idealnym skrótem.

Nie odpowiedziałem, choć w duchu przyznałem, że od początku miał cholerną rację. Jeśli natrafimy na bród, wszystko będzie w porządku. W Sławsku nie było mostu, tylko przeprawa promowa, ale choć dwukrotnie tamtędy przejeżdżałem, nie mogłem przypomnieć sobie obrazu rzeki latem.

Pamiętałem zimową przeprawę. Stan wody był wysoki, woda ciemna, prąd silny i jakoś nie mogłem wyobrazić sobie nas, pokonujących ją wpław, ale to było dawno, bardzo dawno temu. Oddałem mapę Jędrkowi, a ten składał ją długo i starannie, jakby chciał jeszcze choć o minutę opóźnić wymarsz.

Wtedy na drodze pojawili się dwaj jeźdźcy. Jechali a właściwie wlekli się ramię w ramię pochłonięci rozmową. Nadjeżdżali od strony, w którą zmierzaliśmy i choć uzbrojeni w przewieszone przez plecy długie łuki, nie wyglądali zbyt groźnie.
Jeden wystroił się w niebieską koszulę z krótkimi rękawami i spłowiałe dżinsy, podczas gdy jego towarzysz odziany był w skórzany kubrak i podobnie dziwaczne portki, przez co bardziej przypominał dzikusa, niż cywilizowanego człowieka. Za siodła służyły im siwe derki nakryte czarnymi, włochatymi skórami.

W pierwszym odruchu chcieliśmy ich przywołać, a przynajmniej ja chciałem, wbrew ostrożności, jaką przed chwilą zalecałem, ale rozmawiali na tyle głośno, że zwyciężyła ciekawość. Krystyna zdążyła się nawet poderwać na nogi, ale Grzegorz szarpnął ją za rękę i przykucnęła wystraszona gwałtownością jego reakcji.

- Pierdolca można dostać. Czy ja jestem, kurwa, jakimś nauczycielem? – pytał retorycznie jeździec odziany w skóry. - A stary ciągle powtarza, że zasady, że prawo. Wejdziesz na złą ścieżkę i już cię nie ma, a dzieciaki się bawią i nic. Takie to prawo. Jeszcze tylko nowych brakuje.
- I jeszcze ci, wozami. Na co wozami w dzicz, nie wiem, bo tam tylko wyjce i pleśń. Przecież nie na przyczółek, do diabła! – odezwał się mężczyzna w błękitnej koszulce.

- Bo stary niepotrzebnie im zostawił. Teraz jeżdżą Bóg wie gdzie, o drogę nie pytają. A jeszcze ci nowi – martwił się ten wyglądający na dzikszego.

- Łby im ukręcić i zakopać skurwysynów – odpowiedział wesoło jego towarzysz.

- Uzbrojeni są, to raz, a dwa, że mają przejść, to przejdą. Prawo...

- W dupie mam prawo. Łby ukręcić, a babę wyruchać. Takie mam zasady – upierał się mężczyzna w koszulce.

- Chcesz to wracaj. Napisz podanie i wracaj – zezłościł się jego rozmówca. - Stary puścił Martina. Prosto w grób, kurwa... Tylko kości zostały, a i to nie wszystkie. Wolna droga do raju! – dodał.

- Martin był stary.

- Stary, stary, bo chodził jak zawias, akurat tam gdzie nie trzeba i z powrotem. Są szlaki, trzymaj się szlaków. Jest wioska, trzymaj się wioski.

Minęli naszą kryjówkę, ale zaraz wstrzymali konie i sięgnęli do sakw, by zaspokoić pragnienie. Teraz odwrotnie, co wyglądało dość zabawnie, jak spojrzeć na to z dystansu, współcześnie ubrany jeździec pił ze skórzanego bukłaka, podczas gdy jego towarzysz, z najzwyklejszej plastikowej butelki po wodzie mineralnej.

- Jak myślisz, trafią do brodu? – spytał właściciel dżinsów, zatykając bukłak.

- W końcu na pewno do jakiegoś trafią. Naszą rzeczą pilnować otwartych szlaków. – Jeździec w skórach sprawiał wrażenie poważniejszego i w tej parze z pewnością był przywódcą. Czułem zniecierpliwienie w jego głosie, gdy musiał odpowiadać na kolejne zaczepki swojego okazującego werbalną bezwzględność towarzysza. Ten niczym nie zrażony znowu zaczął:

- Nie kusi cię, żeby kopnąć się do stacji, skoro oni są tutaj?

- Koń nie wyjdzie poza nawias, a poza tym, chcę jeszcze pożyć normalnie. Żaden z nas nie ma immunitetu, a tam stracisz pamięć i będziesz się błąkał jak dupa w krainie lodu. Strażnik pustki. Poszedł Maciek i jaki wrócił? Trzy lata minęły, a jeszcze nie doszedł do siebie. Po nocach łazi, śpiewa do gwiazd – tłumaczył cierpliwie rozsądniejszy z jeźdźców.

- Stary przecież mówił, że wszystko to nasze.

- Nasze, nie znaczy twoje. Przyjdzie czas, będą decyzje, to może zrobią szlak, ale jeszcze nie można zamknąć, wiesz przecież.

- Kiedyś było prościej. Pracowałem, zarabiałem pieniądze, szedłem do sklepu, zjadłem, wypiłem, poszedłem spać, a rano do pracy...

- Spać ci ktoś broni, albo pracować? Już byś zgnił w ziemi na cacy, razem z tym twoim sklepem. Sklepu ci się zachciało, psia mać. Ruszamy, bo nie mam zamiaru jechać nocą koło gniazd tych skurwieli.
                                                          *  *  *
- Nic z tego nie zrozumiałam, poza tym, że nie ma się czego bać. Ci nowi to pewnie my i gdzieś mamy dotrzeć bezpiecznie. – stwierdziła, otrzepując spodnie Krystyna.

Miała rację, jednak nie trwało polowanie, w którym byliśmy zwierzyną. Mieliśmy dojść, to dojdziemy. Poza tym, z ich słów wynikało istnienie jakiejś formy cywilizacji, hierarchii.

Najważniejszy było to, że droga faktycznie najprawdopodobniej prowadziła do brodu. Reszta była trudna do zrozumienia, ponieważ  rozmawiali o nie znanych nam sprawach, ale i tak  można było wysnuć kilka interesujących wniosków.

- Co myślisz? – spytał Jędrzej.

Krystyna z Grzegorzem wyprzedzili nas o kilka kroków i teraz zachowywali się tak, jakby wracali z pieprzonej wycieczki do lasu. Przypadkowo usłyszana wymiana zdań sprawiła, że poczuli się bezpieczniej, pomimo groźnie brzmiących deklaracji jednego z jeźdźców.

- Myślę, że nic nie myślę – powiedziałem i zaraz zawstydziłem się tak nędznej parafrazy słów Kartezjusza. – Ci konni też gówno wiedzą – uzupełniłem.

- Coś jest pojebane z czasem – szepnął. – I to mocno. Nie rozumiem tylko zupełnie, co to ma wspólnego z tobą, z książką? A najgorsze, że chyba niełatwo stąd wyjść. Chuj strzeli mój biznes i jebany mini serial. To jakby...

- Jędrzej, daj spokój. To ostatnia rzecz, która...Wstrzymaj się z bólami, zobaczymy. Wkrótce się przekonamy.

- Ciszej, do kurwy nędzy! Coś ci się zmieniło pod deklem, że tak się drzesz? – Jędrzej warknął na księdza, opowiadającego zbyt głośno anegdoty iście parafialne.

Ten zatrzymał się, otworzył usta jakby chciał odpowiedzieć, ale poprzestał na przeczącym ruchu głową.
                                                         *  *  *
Bród ujrzeliśmy z daleka, gdy dotarliśmy do rozwidlenia dróg. Ta, która wiodła w kierunku przeprawy, skręcała prawie pod kątem prostym. Las przerzedził się, skarlał, powoli ustępując miejsca dzikiej, bujnej, nadbrzeżnej łące.
Droga rozszerzała się, a wzdłuż  rzeki biegł równoległy do jej nurtu kolejny szlak.

Nie trzeba było specjalnie zastanawiać się nad możliwością przeprawienia się na drugi brzeg, ponieważ ślady kół zbiegały ku wodzie. Jej niski poziom sprawił, iż do wysokości jednej trzeciej nurtu ciągnęły się piaszczyste łachy i płycizny, a smugi zielonoburych wodorostów tuż pod powierzchnią tańczyły poruszane przez prąd.

Buty przywiązałem do plecaka, zdjąłem dżinsy i nogawki zawiązałem na szyi jak szal. Chłopaki poszli za moim przykładem, ale oczywiście Krystyna musiała zaakcentować swą skromność, tylko podwijając nieco ponad kolana szare spodnie. Naprawdę, ostatnią rzeczą, jaka w tym momencie mnie interesowała, był widok jej tyłka w majtkach. No, może przedostatnią, bo na samym końcu była jaskrawo czerwona bielizna Jędrzeja, którą objawił światu, wchodząc jako pierwszy do wody.

- Pistolet! – krzyknąłem. – Zostawiłeś broń, do cholery.

Odwrócił się, machając rękami, a ja zauważyłem, że ku miejscu, gdzie Jędrzej się rozbierał, ruszył Grzegorz. Wolałem nie testować jego intencji i podbiegłem. Byłem szybszy o włos. Stał blisko i gdy wstawałem, czułem jego oddech na twarzy.

- Chciałem mu podać – bąknął.

- Przecież nic nie mówię – powiedziałem, ale w jego ruchu, w determinacji, z jaką ruszył, zawierała się niewypowiedziana groźba. Gdyby się rzucił, byłby szybszy, ale wtedy wszystko byłoby jasne. 

Teraz nie pozostawało mi nic, poza wymuszonym uśmiechem. Nie było dobrze. Nieufność, która zdążyła ulec zatarciu, powróciła.
Podałem pistolet Jędrzejowi. Przyjął broń i ostentacyjnie wsunął na swoje miejsce ukryty w dłoni magazynek. Znaczenie tego gestu musiało dotrzeć do księdza, bo nie zapanował nad sobą i ciężko, jakby z niedowierzaniem, westchnął.

- Popatrzcie, bawiłem się bronią i zamiast pistoletu wziąłem pieprzony magazynek. Wniosek jest taki, że to nie zabawka – powiedział szorstko, a ja spojrzał na niego z wyrzutem. Cóż, takie akcje powinien ze mną uzgadniać. Grzegorz, pojąwszy swój błąd, bo tak czy inaczej próba podniesienia rewolweru była błędem, wszedł teraz jako pierwszy do wody, jakby zdając się na naszą łaskę. Jego plecy były jak tarcza strzelnicza z kolistą plamą potu między łopatkami.

- Ale przyjemna ochłoda po marszu – powiedział.

Krystyna weszła za nim, prawie od razu zamaczając nogawki podwiniętych spodni. Na płyciznach srebrzyste strzały rybiej drobnicy pierzchły spod naszych stóp. Okazało się, że w najgłębszym miejscu woda sięgała mi ledwie do pasa. Zaskakująco twarde dno opadało łagodnie i podobnie się wznosiło. Woda była chłodna i niosła ukojenie. Gdyby nie to, że cały dobytek niosłem na plecach, chętnie zanurzyłbym się w niej, a tak musiałem poprzestać na zmoczeniu twarzy i włosów. 
                                                              *  *  *
Od ściany lasu dzieliło nas kilkaset metrów. To, co braliśmy za jego forpocztę, okazało się płytkim, ciągnącym się wzdłuż brzegu zagajnikiem. Za nim ciągnął się pas łąk, upstrzonych gdzieniegdzie kępami drzew. Wysoka jak zboże trawa delikatnie falowała w podmuchach ciepłego wiatru. W obie strony, podobnie jak po drugiej stronie rzeki, ciągnął się rozjeżdżony szlak, ale łąka wydawała się nienaruszona.

Za brodem, w miejscu gdzie sosny tworzyły naturalny półokrąg, natknęliśmy się na kwadrat ułożony z ociosanych pni, wewnątrz którego tliła się jeszcze pozostałość po niewielkim ognisku.

- Brakuje tylko stołów piknikowych, ale spocznijmy i posilmy się nieco – zaproponował Jędrzej.

Przystałem na to i sam sięgnąłem do plecaka po tabliczkę czekolady. I tak trzeba było naradzić się, czy iść na przełaj przez wysoką trawę. W uszach dźwięczało mi ostrzeżenie jednego z jeźdźców, że nie wolno schodzić ze szlaku, ale kontekst jego słów był niejasny.
Przyjrzałem się Jędrzejowi zażywającemu lekarstwa i z radością zauważyłem, że zmęczenie chyba go opuściło. Tamta dwójka wybrała miejsce naprzeciw nas. On milczał, podczas gdy Krysia jedząc, znowu zaczęła opowiadać o swoich życiowych problemach, nie zważając na oczywisty fakt, że nie były obecnie zbyt istotne. Co raz zadziałało, zawsze zadziała i tego się chyba trzymała.
Zdecydowaliśmy się iść drogą na zachód, licząc na napotkanie biegnącego w kierunku Goliny odgałęzienia.
                                                                 *  *  *
- To mój szczęśliwy dzień – wykrzyknął ktoś za moimi plecami. – Nowi, nowi, nowi! – powtarzał nieznajomy, przełażąc przez pień, na którym siedziałem.

Początkowo wydał mi się bardzo stary, ale opinię oparłem na długich za ramiona siwych włosach i biało żółtawej, przyciętej w kształt łopaty brodzie. Jednak spod zmierzwionych splotów obserwowały nas żwawe, błyszczące czarne oczy, a twarz obcego mężczyzny nie znaczyły zmarszczki ani starcze plamy. Opis można było streścić w jednym słowie: czerstwy.

Ubrany w poplamioną bluzę z napisem „Sky” i zawinięte nad kolanami płócienne portki był bosy, ale brak butów tłumaczyły dwie nowoczesne, choć nieco odrapane wędki i granatowe wiadro, w którym tańczyły żywe, najwyraźniej złowione przed chwilą ryby. Pomimo pewnych niedociągnięć w stanie ubioru, zdawał się promienieć zadowoleniem. Omiótł nas szacującym wzrokiem i wskazując na mój leżący na pniu rewolwer powiedział:

- Świetnie. – Po czym zatarł ręce, usiadł i spytał, skąd nas Bóg prowadzi.

- Od autostrady – odpowiedział Jędrzej.

- To dobrze – ucieszył się nie wiadomo z czego mężczyzna i ponownie zatarł ręce. – Mieliście przeto przyjemność z wyjcami. Nie takie one łagodne, jak się powszechnie sądzi, choć obserwują i donoszą jak należy. – Podciągnął rękaw i pokazał ciągnącą się przez całe przedramię bliznę. – Nie takie łagodne, ale prawdę mówiąc, niepotrzebnie lazłem do legowiska.

Mówił i zachowywał się tak naturalnie, jakby codziennie spotykał takich jak my. Był pewny siebie, naturalną pewnością należną gospodarzowi.

- Pan tu mieszka? – spytałem.

- Gdzieżby tam, mieszka. Tam dalej. – Wskazał ręką w kierunku, w którym mieliśmy zamiar się udać. - Z żoną mamy chatkę przy drodze. Ogródek i w ogóle, a poza tym ryby... Sieci stawiam, a tutaj dla sportu, w ramach służby.

- Zmierzamy do Goliny. Jak najszybciej możemy... – Jędrzej nie dokończył pytania, bo rybak,  roześmiał się na cały głos, jakby mój przyjaciel powiedział coś niebywale zabawnego. Gdy się uspokoił, otarł teatralnie nieistniejącą łzę.

- Do Goliny, powiadasz. Wszystkie drogi prowadzą do Goliny, ale nie każdą zdołacie dojść. Ja wam pokażę, ale noc musicie spędzić u mnie, bo nocą... Zresztą, to nie jest wyprawa na jeden dzień, a poza tym...Jakby to rzec, nie ma tam po co iść.

- To niedaleko, mamy mapę – zaoponował Jędrzej.

- Mamy mapę – powtórzył jak echo mężczyzna. – Mapę... To słowo brzmi jak przekleństwo. Mapa, proszę szanownego pana, to nie wszystko. Powiem więcej. Ciągle rysujemy nowe mapy, ważne ad kalend as Graecas.
-
 Co znaczy, że nie ma po co iść? – spytałem wystraszony, gdy po chwili dotarło do mnie, co powiedział.

- Zależy, co kto lubi. Ludzie tam nie żyją. Owszem bywa przydatna – wskazał na wędki – ale nie ma tam...

- Co? – Poderwałem się na nogi i stanąłem na wprost uśmiechniętego nieznajomego.

- Daj mu coś powiedzieć i, do kurwy nędzy, nie wymachuj rewolwerem – utemperował mnie Jędrzej.

- Masz tam kogoś? Idziesz do swoich? – spytał brodacz.

- Idę, jasne. Idę do żony i dzieci... – Gotowałem się wewnętrznie, podjudzany flegmatycznym zachowanie nieznajomego, ale opuściłem broń i cofnąłem się dwa kroki.

- Do żony, do dzieci... – Uznałem, że facet szuka właściwych słów albo chce sprzedać mi jakąś bajkę. W końcu uniósł głowę i spojrzał mi w oczy.

- Ja tam zostałem, w miasteczku. Ludzie uciekali. Nasz syn odszedł, a my zostaliśmy, bo mieliśmy piękną willę, sam nie wiem... Żona dostała histerii, bała się spać w otwartym domu, bo wszystkie szyby poszły w diabły, a mieliśmy obszerne patio... Była noc i te dziwne głosy w ciemności. Zeszliśmy na dół. Było takie pomieszczenie przy garażu... Bez okien... Nad ranem miasto wybuchło. Piwnica nas ochroniła, ale tylko częściowo. Leżeliśmy przysypani gruzem. Ona mówiła do mnie, ja do niej. Pocieszaliśmy się, że nadejdzie pomoc, ale skąd miała nadejść pomoc? – zapytał i zamilkł na moment.

Grzegorz wstał z miejsca i z tym swoim nożem w dłoni zniknął za moimi plecami.

- Siadaj na miejscu! – ryknął Jędrzej. Nie wiedziałem czy do mnie, czy do niego. - Siadaj i słuchaj. Będzie czas na wyjaśnienia – dodał.

Siwy mężczyzna zdawał się być pogrążony we wspomnieniach. W końcu westchnął i ciągnął swą urywaną opowieść.

- Potem straciłem przytomność, a gdy się ocknąłem, leżałem przy żonie na kanapie w piwnicy. Gruz zniknął, powietrze było czyste, i wziąłbym wybuch, jego skutki za sen, gdyby nie to, że nadal byłem poraniony. Nic wielkiego. Otarcia, zaschnięta krew we włosach, sińce... Jak tak leżałem i patrzyłem na śpiącą żonę, uświadomiłem sobie, że moja pamięć sięga... Stała się dziwnie wybiórcza. Wiedziałem, że jestem adwokatem, że mam mieszkanie i kancelarię w Warszawie. Dom, żonę i syna, który odszedł z tą swoją... Wszystko wiedziałem, ale nie miałem ani jednego szczegółowego wspomnienia z czasów, przed tymi wydarzeniami. Tylko ogólne... Mniejsza z tym.

- Jakaś wybiórcza amnezja, to nie ma... – próbowałem mu przerwać.

- Ma, niech pan słucha. Do dzisiaj tak mam. Nie ma dnia, żebym nie próbował przypomnieć sobie czegokolwiek. Żona to samo. Nie wiem, czy to ten wybuch... No, w każdym razie wstałem. Jakoś przezwyciężyłem ból. Żona też się ocknęła. Jej prawie nic się nie stało. Pomogła mi i w końcu wyszliśmy na dwór przez garaż. Dom był cały. Szyby w oknach lśniły, trawnik świeżo skoszony, wszystko jak na obrazku, jakby w ogóle nic się nie wydarzyło. Nic. Weszliśmy na to nasze patio. Na stoliku stały szklanki i dzbanek z cytrynową lemoniadą. Dokładnie to pamiętam. Rozsunąłem drzwi, wszedłem do salonu... Widziałem przez szybę jego wnętrze, wszystko było jak dawniej, a gdy przekroczyłem próg... Dżungla, cieplarniana dżungla. Wszędzie rośliny, dziwaczne poskręcane liany, czerwone, purpurowe. Myślałem, że to kolejne złudzenie, że to ze mną jest coś nie tak, ale dotknąłem jednej...Jakbym wsadził palec do kontaktu. Aż mnie odrzuciło i wtedy zobaczyłem siebie schodzącego po schodach z piętra. Na czworakach jak krab. Żona krzyknęła i uciekliśmy.

- To wszystko? I nigdy więcej się tam...?

- Poczekaj, aż skończę, już się streszczam. Oczywiście. Ach, wiele razy brałem udział w wyprawach do Goliny, a przecież.... Wynosimy, bierzemy stamtąd wszystko, co daje się wynieść. Miasto stoi puste. To żyje w domach, ale tylko w mieszkalnych. Sklepy, warsztaty są wolne. Próbowaliśmy to zniszczyć, zabić... Nawet nie po to, by wrócić, ale raczej by się przekonać, czy damy radę. Nic z tego, a każda próba pogarszała sprawę. To się nauczyło bronić. Zaczęło dawno temu od mordów, a teraz, choć tylko się broni... Możecie tam iść, pochodzić ulicami, pokrzyczeć, nawet postrzelać i nic się nie wydarzy, ale otwarcie jakichkolwiek drzwi to śmierć. Przecież wysadziliśmy kilka domów w powietrze, razem z tym i jak się rozpadły, tak szybko powstały na nowo. Rozumiesz?
Niewiele z tego zrozumiałem, ale wiedziałem, kogo mam przed sobą.

- Pan się nazywa Jacek Kukla? – spytałem wprost.

Zbladł pod siwą szczeciną i przez chwilę gapił się na mnie szeroko otwartymi oczami. Otwierał i zamykał usta, niczym jedna z ryb, które pluskały się w wiadrze, stojącym między nami.

- Tak, jasne – wykrztusił w końcu. – Skąd wiesz, czy my się znamy?

Chciałem powiedzieć, że wiem, ponieważ sam go wymyśliłem, ale to był głupi pomysł.

- Początkowo pana nie poznałem przez ten zarost i w ogóle, ale gdy pan powiedział, że kiedyś był adwokatem... Pan mnie nie pamięta, ale to przez tę amnezję, czy jak to zwał. Może i bez tego by mnie pan nie poznał. Rozmawialiśmy tylko dwa razy i za każdym razem większym gronie, ale mecenas Kukla to w Golinie była przecież figura. Najbardziej znany mieszkaniec, jakby nie patrzeć.
To go uspokoiło i na jego twarz powrócił niewyraźny, pełen nadziei uśmiech.

- Pan, czy pan wszystko pamięta?

- Ja tak, ja wszystko pamiętam, ale mnie tu nie było, kiedy to się stało.

- Może panu się uda przywołać jakieś wspomnienia. Ja pomogę panu, wam, opowiem wszystko o miejscach, w których żyjemy, a pańskie wspomnienia o mnie...Cholera, jest szansa, że znowu...

- Szukał pan syna – udałem, że się grubo zastanawiam. - Pawła? Pański syn ma na imię Paweł, prawda?

- Oczywiście. Szukaliśmy, ale grupa, z którą odszedł... Tu jest tyle dróg... Przez rok szukaliśmy, ale nic z tego. Jedno wiem, że żyje, bo tutaj...Mniejsza z tym. – Ożywił się i wyczułem w jego głosie nadzieję.

- Idziemy! – przerwał nam Jędrzej. – Usłyszeliśmy dość, by podjąć decyzję, że z wdzięcznością przyjmiemy pańskie zaproszenie na nocleg. Tam sobie, moi drodzy, pogadacie o starych Polakach. Daleka droga przed nami?

- Jakiś kilometr – odpowiedział mecenas.

- Chwileczkę, co tu jest grane? – wtrącił Grzegorz. – Jaki wybuch? Jakie potworności? My wracamy, Krysia, zbieraj się, póki widno.

- Po zmierzchu nigdzie nie dojdziecie – wtrącił się Kukla. - Za dnia mogę chodzić bez broni, z wędką, ale nocą nawet rewolwer wam nie pomoże. Poza tym, tam, skąd przyszliście nie ma już żadnego wyjścia. Będziecie szli i szli, aż padniecie z głodu, ale śmierć głodowa wam nie grozi, bo w końcu zajdzie słońce... Uzbrojony oddział tak, ale wy nie jesteście uzbrojonym oddziałem.

Popatrzyłem na mecenasa. Choć nie rozmawialiśmy przy nim między sobą, już nas podzielił na dwie grupy. I prawidłowo. Grzegorz wstał niechętnie i powlókł się za nami. Próbowałem przepuścić go przodem, ale tym razem uparł się by zamykać pochód. W końcu było mi to obojętne. Krystyna w końcu oderwała się od niego i dołączyła do nas.

Kukla opowiadał o swoim życiu nad rzeką. Najwyraźniej odzyskał przydaną mu przeze mnie swadę godną uznanego adwokata. Z jego ust płynęły okrągłe, wielokrotnie złożone zdania, jakby dopasowane  do niespiesznego tempa naszego marszu. Nad słuchaczami rozsnuła się atmosfera dojmującej nudy i czczości.

Jędrzej co chwilę spoglądał na mnie i widziałem, z jakim trudem hamuje słowa, którymi chciał mnie zasypać. Jednak tekst, powieść. Przez chwilę pogubiliśmy się, szukając związku tego, co przeżywaliśmy z książką, a teraz, niczym z kapelusza magika, wyskoczył mecenas Kukla.

W pamięci przeglądałem wszystko, co o nim napisałem. To, co zostało skreślone przez Jędrzeja, i to, co nigdy do niego nie dotarło, odrzucone w czasie kolejnych poprawek. Nie była to postać pierwszoplanowa, ale nadałem jej wystarczająco wiele charakterystycznych cech. Pedant, radykalnie gniewny ateista, którego rozwścieczał nawet dźwięk kościelnych dzwonów. W życiu prywatnym zarządzał bliskimi, zupełnie jak pracownikami swojej kancelarii. W duchu paternalistycznej łagodności nagradzał ich i karał. W najdrobniejszych szczegółach planował karierę swojego syna. Dodałem mu też w pierwszej wersji drobne rozdwojenie, charakterystyczne dla ludzi bez reszty pochłoniętych pracą, których tylko społeczny przymus zmusza do poświęcenia swojej cennej uwagi bliskim. Pod wpływem dramatycznych wydarzeń, wraz z nimi stawał się bardziej wyrozumiały dla siebie i innych, bardziej ludzki. Byłem ciekaw, czy gdy wyrwał się spod opieki mojej klawiatury ten proces wznoszący trwał nadal. Na razie, wszystko na to wskazywało.
Maria, jego żona, której poświęciłem mniej uwagi, była postacią schematyczną. Schludną, wysoko noszącą głowę gospodynią domową, dumną z kariery i osiągnięć męża.

Nad najważniejszym problemem, jak to możliwe, że rozmawiałem z bohaterem własnej książki, w ogóle się nie zastanawiałem. To nie był temat, który chciałbym poruszyć, ponieważ podświadomie czułem, gdzie jego drążenie może nas zaprowadzić. Jednego byłem pewny. Nigdy nie opisałem krainy, w której teraz byliśmy, ani tak dziwacznej przemiany miasteczka. Nie stworzyłem ani ludzi krabów, ani ich niezniszczalnych gniazd w domach, które stały się kokonami obcych.

W mojej książce historię kilkusetletnią historię Goliny kończyła wywołana przez Kwiecińskiego eksplozja, a dalej koncentrowałem się na przygodach grupy bohaterów, którzy owszem, wypadają z czasu, ale ewidentnie trafiają do zamierzchłej przeszłości. Tu było zgoła inaczej, tak jakby wykreowany przeze mnie świat zdołał rozwinąć się w innym, zaskakującym kierunku.

- Ale najebałeś, ale, kurwa, najebałeś – szepnął przez zaciśnięte zęby Jędrzej.

Nic nie odpowiedziałem, bo co mogłem odpowiedzieć na takie dictum? Pokręciłem tylko głową, że to nie ja, ale spojrzał na mnie jeszcze wymowniej i dodał:

- To jest piekło albo pierdolony czyściec, w którym się znalazłeś za karę, za pierdolenie się latami z fabułą, jaką porządny autor ogarnia w trzy miesiące, ale dlaczego ja? Dlaczego, kurwa, mnie wleczesz za sobą? – Nie wytrzymał i parsknął śmiechem. – Tyle razy mówiłem ci, żebyś zamiast fantastyki pisał jebane romanse.

- Nie ty, tylko sam to napisałem na początku książki. Taką uwagę...

- Napisałeś, bo ci w kółko powtarzałem, że najlepiej sprzedają się romanse. Byśmy sobie leżeli na poduszkach w jakimś haremie...

- Haremie... O czym mówicie? – zainteresowała się Krystyna.

- Widzisz, pierwsza potencjalna czytelniczka się odezwała.

- Pan jest pisarzem? – spytała.

- Byłem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.


                                   
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Tematy w dziale Kultura