Blog
per fas et nefas
JPJarecki
13 obserwujących 166 notek 154533 odsłony
JPJarecki, 13 maja 2017 r.

Prawo do powrotu. Rozdział szósty

48 0 0 A A A
image


Nic. Wysłuchaliśmy wiadomości w dwóch stacjach komercyjnych i jedynce. Nie padło ani jedno słowo na temat wydarzeń w Golinie i na moment zwątpiliśmy w realność wydarzeń jakich byliśmy świadkami. Tym razem Jędrzej nie zaprotestował, gdy znowu daremnie spróbowałem dodzwonić się do kogoś w miasteczku. Podsunął mi nawet swój telefon i pracowicie przepisując numery wydzwoniłem z identycznym skutkiem cały zestaw. Nie padło między nami ani jedno słowo, podważające to, co widzieliśmy wspólnie w telewizji, ale groza jaka nami wówczas owładnęła, wydawała się odległa, zagłuszana przez skoczne rytmy dobiegające z głośników, gdy automat przerzucał w radio kolejne stacje.

Gdy z tablicy informacyjnej odczytałem, że do Konina zostało niecałe sześćdziesiąt kilometrów, na telefon Jędrzeja przyszedł SMS od filmowca, z którym mieliśmy się spotkać.

- Przypominam. Spotykamy się jutro, o trzynastej – odczytał. – Tym też się popieprzyło w głowach, przecież mieliśmy dzisiaj – bąknął mój przyjaciel i natychmiast oddzwonił, ale telefon obwieścił, że abonent jest chwilowo niedostępny.

Przez chwilę jechaliśmy w milczeniu. Daremne próby kontaktu ze światem wytrąciły nas z równowagi, bezsensownym czyniąc, nieuchronną, jak się wydawało, rozmowę o realności przedpołudniowych przeżyć.

- Jakiś wypadek, czy co? – odezwał się w końcu Jędrzej.

- Jaki wypadek? – Pochyliłem się odruchowo do przodu, zupełnie jakbym dzięki temu mógł lepiej widzieć. Szosa przed nami była zupełnie pusta. – Nic nie widzę – odparłem.

- No właśnie, ja też niczego nie widzę i dlatego tępa pało mówię, że wypadek. Na obydwu pasach ani jednego pieprzonego auta. Wstrzymali ruch, bo to niemożliwe, żeby tak wymiotło samo z siebie.

Spojrzałem we wsteczne lusterko. Faktycznie, autostrada była pusta. Nim zdążyłem skomentować ten fakt, Irena Jarocka umilkła w pół słowa i sentymentalne kawiarenki naprawdę uleciały w siódme niebo. Jędrzej sprawdził resztę zaprogramowanych stacji. Różniła je barwa szumu.

- Zaczęło się, jesteśmy w pierdolonej strefie mroku – powiedział i ku mojemu zdumieniu zatrzymał auto. – Broń, sięgnij rewolwer i naładuj. Zaraz ci pokażę, co i jak.

Wysiadłem, otworzyłem tylne drzwi i z torby, która zdążyła zsunąć się na podłogę wyjąłem kolta i mieszek z nabojami. Teraz doceniłem urodę i ciężar kobry. Żałowałem jedynie, że ma taką krótką lufę.

- A ty pewnie byś chciał od razu gnata brudnego Harrego, co? – zakpił. – Przecież byłeś w wojsku, dobre i to.

Rewolwer okazał się prosty w obsłudze. Załadowałem, trzasnąłem z fasonem bębenkiem, zabezpieczyłem, rozładowałem i załadowałem ponownie. Wysiedliśmy razem i dwa razy strzeliłem z mniej więcej trzydziestu metrów do tablicy informującej, iż kilometr dalej możemy zatankować, zjeść, przespać się, a nawet odwiedzić cholernego McDonalda. Tablica była ogromna i oczywiście trafiłem. Jędrzej nie mógł się powstrzymać i strzelił ze swojego pistoletu, twierdząc, że celuje w „o” ale przestrzelina zmieniła literę w zamknięte „ó”.

- Na strzelnicy przegrywam nawet z Adamem – przyznał skromnie – ale z tego strzela się z bliska i tu nie celne oko, a odwaga jest potrzebna. Odwaga, by strzelić.

- Aha – przyznałem mu rację.

Uzupełniłem pociski, i zabezpieczony rewolwer wetknąłem między uda.

- To nie wypadek, ani nic podobnego. Jaka cisza! – powiedział i zacisnął palce na kierownicy tak mocno, aż zbielały mu knykcie. Siedział przez chwilę, pochylony w przód, chyba rozważając naszą sytuację, ale co tu było do wymyślenia, gdy otaczały nas same niewiadome? W końcu westchnął ciężko, przetarł oczy i włączając silnik, powiedział, że na kilka minut staniemy się na stacji, do której reklamy strzelaliśmy.

- Może się czegoś dowiemy, a poza tym muszę zażyć tabletki, czymś przegryźć... – urwał, ale po chwili milczenia dodał, że nie mam się czym martwić, bo już jestem całkiem blisko domu.
                                                         *  *  *
- Wejdziemy uzbrojeni – zdecydował. – Gdyby ktoś tam był, czego nie przewiduję, będziemy tłumaczyli, że po prostu chcieliśmy obrobić kasę.

Podjechał pod dystrybutor i wysiedliśmy. Na parkingu nie stało ani jedno auto. Wiatr igrał fioletową reklamówką i chrzęst folii był jedynym dźwiękiem, w panującej tu absolutnej ciszy. Dalej, nad rozpalonym asfaltem szosy powietrze skrzyło się i migotało, jakby ukryty za niewidzialną kotarą czarodziej chciał zafundować nam dodatkową  atrakcję w postaci mirażu.

- Spójrz na trawę – powiedział Jędrzej. – Na firmowych stacjach mają zraszacze, a ta wyschła, jakby męczyła się w upale przez dwa tygodnie bez kropli wody – dodał.

Osłonił oczy daszkiem dłoni i spojrzał w bezchmurne niebo.

- Jesteśmy w pieprzonej strefie mroku – powtórzył wcześniej wygłoszoną tezę, a ja pomyślałem z zazdrością, że gość, który wymyślił ten tytuł, musiał być pieprzonym geniuszem. Moja książka jeszcze nie miała żadnego. Miała streszczenie, motto, notkę o autorze, a nawet stosowne podziękowania, ale nie miała cholernego tytułu. Bywało, odnosiłem wrażenie, że wszystkie sensowne już zajęli gorliwi pisarze. Cóż, choć ten jeden problem miałem tymczasowo z głowy.
Rozglądaliśmy się, pilnie szukając śladów ludzkiej obecności, ewentualnych pułapek, wdychaliśmy cuchnące benzyną i olejami powietrze, ale dziwnie nie kwapiliśmy się do przekroczenia przeszklonych, rozsuwanych drzwi stacji.

- Wrona, dwie wrony – powiedział Jędrzej, wskazując na ptaki grzebiące w rozdartej papierowej torbie z zakupami, dotychczas ukrytej przed naszym wzrokiem za dystrybutorem.

Ich obecność zmazała wrażenie absolutnej pustki, w jakiś osobliwy sposób dodając nam odwagi. W końcu, jak długo mogliśmy bezsensownie sterczeć na parkingu?
                                                              *  *  *
Drzwi rozsunęły się przed nami ze jękliwym stęknięciem, jakby odwykły od wpuszczania ludzi za próg. Wchodząc, zauważyliśmy, mignęła nam sylwetka siedzącego przy stoliku człowieka ubranego w szarą koszulę z krótkimi rękawami. Niczym rewolwerowcy unieśliśmy niemal jednocześnie broń. Po wejściu, ten gest wydał nam się przesadny i zawstydzający.
Przy stoliku siedział młody ksiądz, popijając kawę z białego kubka.

- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – powiedział grzecznie Jędrzej, na widok faceta w koloratce.

- Na wieki wieków, amen – odpowiedział poważnie mężczyzna.

Nie miał więcej niż trzydzieści lat, dość długie jasne włosy zaczesane do tyłu i oczy intensywnie niebieskie. Pomyślałem, że przesadził z doborem barwy szkieł kontaktowych. Odstawił, właśnie podnoszone do ust parujące naczynie, drugi kubek i otwarta damska torebka leżąca na stoliku, świadczyły o tym, że ksiądz nie jest sam.
Gdy ruszyliśmy w jego kierunku, powiedział, z trudem powstrzymując śmiech:

- Usiądźcie strudzeni wędrowcy, a narzędzia mordu, które dźwigacie, odłóżcie mimo, bo nie ma tu nikogo, kogo moglibyście się lękać.

Odniosłem niepokojące wrażenie, że ten człowiek, pomimo naszej obecności przemawia w pustkę, jakbyśmy tak naprawdę nie istnieli, a on popisywał się przed samym sobą darem wymowy.

- Miło spotkać – bąknął Jędrzej.

- Siadajcie, proszę – powiedział facet wyglądający jak ksiądz i zdjął torebkę z blatu. – Automat działa, weźcie kawę i się rozgośćcie, bo to kres waszej podróży, ale... – Wyciągnął rękę i dotknął ramienia Jędrzeja. – Przepraszam, ale musiałem sprawdzić, czy nie jesteś halucynacją – pospiesznie wytłumaczył swój gest. – Pani Krysia i ja tkwimy tu od tygodnia i pierwszy raz widzę...

- Co ksiądz opowiada? - przerwałem.

- Możecie oczywiście zapłacić - by napić się kawy z ekspresu - nawet musicie, ale zapewniam was, że cały ten kompleks został opuszczony tak dokładnie... Zniknął nawet kot, który kręcił się po korytarzach hoteliku – odpowiedział obok mojego pytania. Kończył swą myśl, albo nie zrozumiał, co mnie tak zdziwiło.

- Od jakiego tygodnia, o czym ksiądz baja? – wtrącił się, ukonkretniając moje pytanie Jędrzej.
 Tym razem zdumiał się młody duchowny.

- Od soboty, jutro mija tydzień. Siedzimy tu od dnia, gdy działa się ta straszna historia z morderstwami. Znam Golinę. Bywałem, miałem tam... – Przerwał i nagle zmienił temat: - Nie rozumiem, jakim cudem dojechaliście aż tutaj. Zagapiło się, czy co? Bo tu od tygodnia nikt nie zawitał. Poza nami, ani żywej duszy, a i co do nas, zacząłem mieć wątpliwości.

Jędrzej popatrzył na mnie znacząco i napięcie, które na moment zelżało, wróciło. Położyłem rewolwer na stoliku, w zasięgu ręki przyjaciela i wrzuciwszy dychę do automatu, zająłem się zamawianiem kawy, spod oka obserwując księżulka.

- To zdarzyło się dzisiaj – powiedział Jędrzej. – Dzisiaj, nie tydzień temu.

- Być może. Po tym co przeżyliśmy, nie będę sprzeczał się o rzecz tak błahą jak czas – odparł domniemany ksiądz i łyknął kawy..

- A wy? Ksiądz i ta pani. Przyjechaliście, dotarliście tutaj i...

- Mam na imię Grzegorz – przedstawił się i pomyślałem, że chce zyskać na czasie.

- A ksiądz? – powtórzyłem.

- Przyjechaliśmy późno, po dwudziestej drugiej. My z Białegostoku, a tu spokojnie i motel. Nie było sensu jechać dalej, bo my prosto z Berlina, jakby nie patrzeć, dosyć daleko. To... To musiało wydarzyć się w środku nocy i nikt nie uznał za stosowne nas obudzić. Oczywiście – uśmiechnął się i wykonał gest, jakby kogoś odpędzał. – Oczywiście, nie spędzaliśmy nocy w jednym pokoju. Zresztą...

- Kiedy to było, którego lipca? – przerwałem.

- Drugiego. Od rana radio trąbiło o tych mordach. Nawet chciałem skręcić i pojechać przez Golinę, ale już było prawie ciemno.

Spojrzałem na Jędrzeja. Stukał palcami niecierpliwie w blat stolika, a gdy zauważył, że mu się przyglądam, wzruszył ramionami.
                                                          
                                                            *  *  *
W toalecie włączyła się suszarka do rąk i po chwili ukazała się w drzwiach kobieta, o której wspomniał ksiądz Grzegorz. Ciągle stałem przy automacie i nasze spojrzenia się spotkały. Była tak zaskoczona moim widokiem, że w pierwszym, zrozumiałym odruchu cofnęła się o pół kroku, ale po sekundzie poprawiła wysoko upięte rude włosy, uśmiechnęła się i bez słowa podeszła do naszego stolika, stukając obcasami w nagle zapadłej ciszy. Trudno powiedzieć, by była skończoną pięknością, ale z pewnością, gdzie się pojawiała, zwracała na siebie uwagę. Wysoka, na szpilkach, w których paradowała prawie dorównywała mi wzrostem, szczupła, a przy tym dość chwalebnie obdarzona przez naturę.

Wraz z je pojawieniem, napięcie znowu odczuwalnie zelżało. Nastąpiła zaniedbana uprzednio, a przyjęta w cywilizowanym świecie, wymiana powierzchownych grzeczności. Przedstawiliśmy się sobie wzajemnie, a Jędrzej posunął się do tego, że pocałował ją w rękę, co przyjąłem z niekłamanym zdumieniem, znając jego dość obcesowy stosunek do przedstawicielek płci, powszechnie uważanej za piękną.  

Zaczęliśmy rozmawiać. Krystyna zabrała się z Grzegorzem, jako siostra jego przyjaciela oraz, jego parabolo nie było parafianka. Zjedli kolację, rozeszli się do swoich pokoi, a rano nie było nikogo. Zniknął też ich samochód, choć kluczyki ksiądz miał cały czas przy sobie.

-Widocznie komuś był potrzebny – Wzruszył ramionami.

Opowiedział, jak po przeszukaniu całego kompleksu, oraz tego leżącego po drugiej stronie autostrady, doszli do dość oczywistego wniosku, że wydarzyło się coś niespotykanego. Nadal mieli prąd i bieżącą wodę, ale nie działały telefony, szumiały zainstalowane na stacjach radia CB, podobnie jak telewizory. Nie wiedzieli co robić, bo jak słusznie zauważyła kobieta, nikt nie jest przygotowany na coś podobnego.

- Cały dzień czekaliśmy nie wiadomo na co. Nocą, od okna do okna. Najgorsza była ta cisza. 

Człowiek nie jest przyzwyczajony. Nazajutrz, zeszliśmy tutaj, zabraliśmy wodę, kilka batonów i ruszyliśmy na wschód, w kierunku Warszawy – opowiadał Grzegorz.

- Szliśmy i szliśmy, ale nikogo nie spotkaliśmy. Nic, po prostu niczego nie było... – weszła mu w słowo Krystyna, zapalając papierosa.

- Przecież my jedziemy z Warszawy. Wszystko jak zwykle. Przed chwilą przyjechaliśmy... – wtrącił Jędrzej.

- Szliśmy godzinę, nim pojawiły się pęknięcia nawierzchni – kontynuowała opowieść, jakby nie usłyszała, co powiedział mój przyjaciel. - Początkowo nieznaczne, ale z każdym krokiem coraz szersze. Te ekrany leżały, szosa zasypana była ziemią, porośnięta chwastami, w szczelinach rosły drzewa, rdza pokryła, te no... Poniżej nasypu była tylko dzicz, jakby minęły dziesiątki lat, a wy... Wchodzicie i opowiadacie, że stamtąd przyjechaliście – podniosła głos.

- Tak – powiedział Jędrzej. – Właśnie stamtąd przyjechaliśmy. Zastanawiam się, kiedy ustał ruch na autostradzie... Od dłuższego czasu nikt nas nie wyprzedzał, ale jechałem prawie sto pięćdziesiąt... Z naprzeciwka... Nie jestem w stanie tego określić. Rozmawialiśmy, próbowałem dzwonić. Pamiętam dwa pomarańczowe busy, bo jechały za blisko, jeden za drugim, ale na nic więcej nie zwróciłem uwagi.

Ksiądz pokręcił głową, ale w tym geście nie było dezaprobaty. Zdawał się przeczyć nurtującym go myślom.

- Najgorsza była druga noc – kontynuowała relację rudowłosa. – Przedtem baliśmy się pustki. Była taka...Ale wydawała się chwilowa, jakby za moment...Gdy otwieraliśmy drzwi, początkowo mieliśmy wrażenie, jakbym za nimi czaił się potwór. Później to minęło, ale po powrocie z tej wyprawy poczuliśmy coś gorszego niż lęk przed niebezpieczeństwem, coś... Miałam tylko gaz, bo w Berlinie... Ale co mógł tu pomoc gaz? Szukaliśmy jakiejś broni, ale poza nożami i paralizatorem, niczego nie znaleźliśmy.

- Na szczęście my mamy – wyrwałem się.

- To dobrze, to doskonale. – Kobieta uśmiechnęła się i wydało mi się, że spojrzała porozumiewawczo na księdza. – Zaryglowaliśmy się w pokoju, spaliśmy na zmianę, ale nic się nie działo. Kompletnie nic. Cały kompleks nadal jest oświetlony po zmierzchu, ale część lamp reaguje na ruch. Nic. Kompletnie nic. Następnego dnia poszliśmy w kierunku, w którym chcecie jechać. Wyszliśmy rano. Wzięliśmy zapas jedzenia i picia.

- I parasole – wtrącił ksiądz.

- I parasole dla osłony przed słońcem. Myśleliśmy, że tym razem, skoro stamtąd przyjechaliśmy... I faktycznie, minęły dobre trzy godziny, nim natknęliśmy się na pierwsze zmiany, a i to nie na szosie, tylko w samym wyglądzie... Zniknęły pola, chaszcze podchodziły pod samą drogę, potem las, a potem...

- Potem usłyszeliśmy wycie. – Grzegorz przejął narrację, gdy kobieta zamilkła, przestraszona słowami, a właściwie przywołanym przez nie wspomnieniem. – W lesie po drugiej stronie. Odpowiedziały mu głosy po naszej. Jeden, drugi, trzeci... Coraz bliżej i bliżej.

- Wilki? – spytałem.

- Zwoływały się, ale nie jestem pewny, czy to były wilki. To brzmiało inaczej. Chyba inaczej. – 
Zawahał się i dodał: – Wiecie, wycie wilków znam z filmów, z telewizji, więc nie mogę stwierdzić, ale to brzmiało bardziej po ludzku.

- Po ludzku? – zdziwiłem się.

- Tak to odebrałem. Jakby ktoś udawał zwierzęta, ale to było dużo gorsze, bo nie świadczyło o przyjaznych zamiarach, jeśli to naprawdę byli ludzie. Horda, tak czy tak, to była horda. Od razu zawróciliśmy.

- Biegliśmy. Obtarłam na asfalcie stopy – poskarżyła się Krystyna. – Buty niosłam w ręku i biegłam ile sił.

- Byłaś bardzo dzielna – powiedział Grzegorz i delikatnie dotknął jej dłoni. – Gdy wybiegliśmy na otwartą przestrzeń, gdy zniknęły chaszcze i las, to wycie ucichło, a właściwie zostało z tyłu, bo słyszeliśmy je nadal.

- Gdyby to były wilki, nawet nienawykłe do otwartej przestrzeni, próbowałyby przyjść tu nocą. Tym bardziej ludzie – wtrąciłem.

- Nie znam się na wilczych obyczajach. W każdym razie, choć czuwaliśmy przez kolejne noce, nic się nie wydarzyło. Tyle, że zaniechaliśmy następnych wypraw. Strach nie pozwalał. Stąd nie widać, ale z dachu hoteliku doskonale widać domy. Na północy droga, pola i pojedyncze gospodarstwa, ale choć wpatrywaliśmy się całymi godzinami, nie zauważyliśmy żadnego, najmniejszego ruchu. Są wyludnione. A na południe rzeczka. Sprawdziłem w atlasie, nazywa się Kiełbaska. Te kierunki zostawiliśmy jako ostateczność. Dopóki dostarczają prąd, w lodówkach i chłodniach jest dość jedzenia. Dwa McDonaldy, dwie stacje z barami, dwa hoteliki... Postanowiliśmy czekać na odsiecz, albo, by świat się w końcu naprawił. Może, skoro tu dotarliście...

- Ksiądz uważa, że świat się zepsuł? – Sformułowanie użyte przez młodego duchownego, choć niezbyt oryginalne, było wprost przeniesione z mojej książki. Spojrzałem na Jędrzeja i zauważyłem, że on też nieco zesztywniał. Zauważył.

Chciałem porozmawiać z kumplem na osobności, ale nie miałem zamiaru wprawiać ich w zakłopotanie zbyt ostentacyjnie okazaną nieufnością. Ostrożność ostrożnością, ale mógł to być przecież przypadek. Inną rzeczą było to, z jakim spokojem nas przyjęli, po tym wszystkim, co przeżyli. Siedzieliśmy, popijaliśmy kawę i rozmawialiśmy, prawie jak na cholernych imieninach u cioci. Może czas i cała ta dziwaczność, tak ich zdążyły uodpornić. Nie wiedziałem, nie chciałem pochopnie oceniać, pozostawiłem inicjatywę Jędrzejowi, ale ten milczał.

- Nic innego, moi drodzy tylko świat się zepsuł. – Wzdychając powtórzył ksiądz. - Jak i dlaczego, nie wiem. W każdym razie stało się coś dziwacznego, objęła nas jakaś osobliwość, której potrafię wytłumaczyć. Wy...

- Zawsze może się ksiądz modlić – skomentował Jędrzej. W jego ustach uwaga zabrzmiała ostro i nieprzyjemnie, choć nadal wyrozumiale się uśmiechał.

- I później nie słyszeliście tego wycia? – spytałem pospiesznie, aby zażegnać możliwą wymianę uszczypliwości na tematy religijne.

- Nie, nigdy więcej. Nocami słyszymy samoloty, ale daleko. Ciężkie samoloty, nie odrzutowce tylko...

- Kilkanaście kilometrów za Goliną, w Powidzu jest lotnisko wojskowe. Prawie codziennie je słyszałem. Tam stacjonują te całe Herkulesy.

- To cholernie ważne – ożywił się Jędrzej. – Znaczy tam wszystko nadal funkcjonuje. Skoro jest woda, prąd i latają samoloty... Nie będę udawał mądrzejszego niż jestem, ale oznacza to, że nasze „tu” nie oznacza „wszędzie”. To nie cholerny koniec świata, tylko jakby nas wykroiło...

- Wykroiło? Ok., też uważam podobnie – zgodził się ksiądz. – Dlatego nazwałem to czekaniem na odsiecz. Początkowo nawet zapisywaliśmy wszystko, co bierzemy do zjedzenia, żeby na koniec zapłacić, ale w końcu... To głupie. Stan wyższej konieczności, że się tak wyrażę. Trwamy, trwamy z dnia na dzień. Dla was też wystarczy.

- Nie, my jedziemy dalej – uciął Jędrzej.

- Gdzie jedziecie? Tam niczego nie ma. Dzicz! – uniosła się rudowłosa.

- Dopijemy kawę i jedziemy dalej – odpowiedział spokojnie mój przyjaciel. - Chcecie, to jedźcie z nami. Jeśli nadal macie zamiar czekać na odsiecz, zostańcie. Nie nasza rzecz, wasz wybór.

- Ale... – zaczęła.

- Zostawimy was na chwilę – kontynuował - żebyście mogli się naradzić, ale od razu mówię, że my zmierzamy do Goliny. Kolega – wskazał na mnie – jest z tego miasteczka i ma tam najbliższych. Po tym, co dzisiaj usłyszeliśmy, a co i wy oglądaliście w telewizji tydzień temu, wyruszyliśmy na pomoc. To my jesteśmy...Mamy być odsieczą. Jeszcze jedno, żebyście się potem nie wycofali, bo nie będzie jak się wycofać. Jeśli skończy się droga, dalej pójdziemy pieszo i będziemy szli tak długo, aż dojdziemy. Zawracać nie będziemy. Zawracanie nie wchodzi w grę. Zrozumieliście?
                                                             *  *  *
Wstaliśmy i wyszliśmy na zewnątrz. Odczucie otaczającej nas zewsząd pustki było jeszcze silniejsze, gdy zostało opowiedziane, ubrane w słowa. Tak jak jest różnica pomiędzy naturalną ciszą, a ciszą panującą w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu, tak mieliśmy tu do czynienia z czymś, co Jędrzej nazwał absolutną bezludnością.

Nie musieliśmy, tak jak oni, przeszukiwać kolejnych budynków. Po ludzkiej aktywności zostały plamy oleju na dwubarwnej kostce brukowej oraz śmieci poutykane w blaszanych koszach. Sama myśl, że ktoś ukrywa się, że nas obserwuje, wydawała się głupia do nieprzyzwoitości. Poza nami i parą pochyloną ku sobie przy stoliku ludzi, z pewnością nie było tu nikogo, poza muchami i gawronem, który pojawił się w miejsce wron i przechadzał się niespiesznie po trawniku. Tak naprawdę, niewiele mnie obchodziło, co zdecydują, choć przemknęła mi myśl, że jeśli komuś przyjdzie zginąć, ich obecność byłaby jak najbardziej na miejscu, ale zganiłem się, że to przecież nie jakiś podrzędny horror.

- Zauważyłeś? Księżulo powiedział... - zacząłem.

- To mógł być przypadek. Dziwne, że facet paraduje w tej koszuli z koloratką, choć ślepy by zauważył, że są parą – parsknął. – Nic mnie to nie obchodzi, ale jest w tym przesada, teatralność. Jaki on domyty, doprasowany, dogolony... Nie wiem, może taki charakter. Ona też. Przecież te rude loki to trzeba zakręcić, jakoś ten... No wiesz przecież, jak to kobieta... A ta, jak z żurnala, a niby w takich nerwach – marudził.

To nieprawdopodobne, ale wyczułem, że stary drań jest zazdrosny o tego księżulka. Ledwie zamienił z nią trzy zdania, a już był wściekły. Już się zdążył nakarmić własnymi podejrzeniami, uznając ich za parę, choć gdy się im bliżej przyznałem, odrzuciłem taką możliwość. Chciałem z miejsca mu dogryźć, ale w końcu spytałem:

- Może po prostu odjedźmy?

- Nie wypada, skoro zaoferowaliśmy. Słowo się rzekło, kobyłka u płota. Poza tym, to przecież kobieta i jeśli mamy możliwość, powinniśmy jej pomóc. Wezmę ją na fotel koło siebie, ich rzeczy do bagażnika, a ty usiądziesz za mną i będziesz miał księżulka na oku.

- O ile zdecydują się jechać – wtrąciłem.

- Oczywiście, pojadą. Jeśli naprawdę siedzą tu od tygodnia, dłużej nie wytrzymają, a jeśli to pułapka i są po to by nas w nią wciągnąć, tym bardziej zechcą jechać.

- Pułapka? – spytałem.

- Zawsze, by zadziałała musi być przynęta, a ta Krystyna coś za bardzo w moim guście. A on? Widziałeś, jak się zachował na nasz widok?

- Widział jak podjeżdżamy.

- I co? Ani nie wybiegł nas witać, ani się nie ukrył, ani nawet nie zawołał z kibla tej swoje kobity, tylko siedział i popijał kawę, jak gdyby nigdy nic.

- Z kamienną twarzą – dodałem.

- Niczym pierdolony detektyw Marlowe z powieści Chandlera.

- Nawet jest nieco podobny do Bogarta – zauważyłem. - Tylko blondyn i dużo wyższy – uzupełniłem pobieżną charakterystykę.

Roześmiał się na to porównanie i przygładził włosy. Zabawnie wyglądał z pistoletem w prawicy. Chyba to zauważył, bo schował gloka do kabury i zakrył połą letniej marynarki/

- Przez chwilę miałem prawie pewność, że wygarnie do mnie z ukrytej pod stołem czterdziestki piątki, bo prawą rękę trzymał prawie cały czas na kolanach. Kubek podnosił lewą, czyli mańkut. Umyślnie strąciłem zapalniczkę na podłogę i sprawdziłem, ale w dłoni trzymał tylko zmiętą chusteczkę.

- Myślisz, że dzisiaj dotrzemy? – zmieniłem temat.

- Jeśli mówią prawdę, trzeba liczyć, że, idąc szosą trzy godziny, przeszli piętnaście, najwyżej  dwadzieścia kilometrów. Jeśli nawet droga się zepsuje, a wedle ich słów ta erozja przebiega dość wolno, powinno nam zostać do przebycia nie więcej jak dwadzieścia dwa, najwyżej dwadzieścia trzy kilometry. Tak. – Liczył zaginając palce prawej dłoni. - Nawet gdyby droga faktycznie uległa zniszczeniu, jest szansa, że dotrzemy przed zmrokiem.

- Nie musimy iść szosą. Sporo skrócimy idąc na szagę.

- Na co? – spytał.

- No skrótem, jak będzie trzeba.
                                                         *  *  *
Wyszli razem. W blasku słońca włosy kobiety zdawały się płonąć i ksiądz, choć równy jej wzrostem i nieco aż za dobrze zbudowany, zdawał się przy niej niknąć. Uśmiechali się zuchowato, co chyba znaczyło, że jednak zdecydowali się jechać z nami.

On próbował uzasadnić wybór, ale Jędrzej od razu mu przerwał, od razu zajmując pozycję lidera wyprawy. Okazało się, iż po ostatnim wypadzie, nadal mieli spakowane plecaki. W identyczne, znalezione na zapleczu, które były nagrodami w konkursie lojalnościowym, pospiesznie upchaliśmy nasze rzeczy, po dużej butelce mineralnej i trochę żarcia, jakie można znaleźć na stacji benzynowej. Wszystko na wypadek, gdybyśmy musieli od pewnego momentu iść pieszo.
Krystyna przebrała się w spodnie i adidasy, a włosy związała frotkę. Nie jestem specjalistą od kobiecej mody, ale ten skromny strój dodał jej blasku do tego stopnia, że Jędrzej pokraśniał z ukrywanego zadowolenia. 

Gdy zajęliśmy miejsca w samochodzie, rewolwer położyłem na kolanach. Dwanaście rezerwowych naboi utkałem w kieszeniach zabranej ze stacji, chyba rybackiej, bo dosłownie obszytej kieszeniami kamizelki. Mój towarzysz ksiądz uzbroił się w nóż rzeźnicki, którego rękojeść owinął zieloną taśmą izolacyjną. Ta fachowa zapobiegliwość nieco mnie zdziwiła, ale uspokajał fakt, że położył groźnie wyglądające ostrze na podłodze.

- Pojedziemy wolno, byśmy mogli przypatrzeć się zmianom – zapowiedział Jędrzej. - Rozglądajcie się za śladami życia, za ludźmi... To ważne. Wyzerowałem licznik. Wedle mapy, do zjazdu na Golinę jest trzydzieści osiem kilometrów, a potem jeszcze sześć. No, mili moi, z Bogiem, do pracy! – zarządził Jędrzej.

- Z Bogiem – odpowiedział ksiądz i uśmiechnął się do mnie.

Nie bardzo wiedziałem, co o nim myśleć. Wydawał się sympatyczny, ale na nieco wysilony sposób, co stwarzało wrażenie sztuczności. Spotykamy czasem ludzi, których całymi latami mamy za fałszywców, którzy uśmiechając się szeroko, gotowi są, jak sądzimy, skrzywdzić nas przy pierwszej nadarzającej się okazji, a gdy taka nadchodzi, ni z tego ni z owego, okazuje się, że ich uśmiech był szczery, a oni stoją twardo po naszej stronie. Dlatego starałem się zawczasu skrócić dystans. Nie było czasu na fumy, analizy psychologiczne, a tym bardziej okazywanie wrogości komuś, kto stał się, bądź co bądź, naszym towarzyszem.
      

                                                           *  *  *
Jechaliśmy najwyżej czterdziestką. Za otwartymi oknami majestatycznie przesuwał się doskonale znany świat. Gdyby nie to, że byliśmy jedynym ruchomym punktem na tym odcinku autostrady, można by nas uznać za uczestniczącą w niespieszna przejażdżce.
Po prawej ukryte za ekranami budynki dużego gospodarstwa, dalej pola uprawne, łąki, rozrzucone gdzieniegdzie zagajniki. Ot, wielkopolska w swej monotonnej, równinnej krasie. Minęliśmy zjazd na Koło, a z tablicy umieszczonej tuż za wiaduktem, odczytaliśmy, iż do Konina zostało tylko dwadzieścia osiem kilometrów.

- Gdy wracaliśmy na stację, wydało nam się w pewnej chwili, że z tego wiaduktu ktoś nas obserwuje – odezwał się ksiądz.

- Tobie się wydawało – skomentowała kobieta nie odwracając głowy. – Napędził mi niezłego stracha, ale gdy się odwróciłam, faktycznie zauważyłam jakiś ruch. Tyle że to przejście dla zwierząt i jakaś sarna... W każdym razie nie zawróciliśmy, żeby to sprawdzić.

Po obydwu stronach szosy ciągnęły się porośnięte trawą wały, zwieńczone siatkami odgradzającymi łąki od niżej biegnącej autostrady. Za kolejnym wiaduktem, podtrzymywanym przez wymalowane w papuzie barwy łuki, po obydwu stronach pojawiły się sosnowe zagajniki.

- Spójrzcie, przyjrzyjcie się dobrze, bo zaraz się zacznie. Na siatkę, patrzcie na ogrodzenie – zwróciła naszą uwagę Krystyna.

Słupki chyliły się ku szosie, potem na dystansie może pięćdziesięciu metrów leżały pokotem, wyrwane razem z bryłami betonu, a dalej nie było ich wcale. Jednocześnie metalowe bariery oddzielające nas od pobocza zmatowiały, zaczęły się chylić, rozpadać w rdzawe płaty, zarastać mchem. Wybujała trawa szturmowała spękaną taflę asfaltu, kładła się pod koła. Drzewa zdawały się schodzić z nasypu ku szosie. Jędrzej zjechał na środkowy pas, zwolnił, i pojąłem, że nasza wygodna podróż właśnie dobiega końca. Jechaliśmy już nie autostradą, a zarośniętą, zwężającą się nieubłaganie pozostałością po niej.

- Już blisko do miejsca, dokąd dotarliśmy. Zaraz skończy się asfalt – strzegła Krystyna.
Lexus jeszcze przez minutę parł do przodu, łamiąc krzewy, dusząc kolczaste pędy owocujących jeżyn, ale Jędrzej musiał w końcu dać za wygraną. Zamknął okna, wyłączył silnik i oznajmił:

- Niesamowite, ale zdołaliście przejść w tym upale ponad dwadzieścia dwa kilometry. Mamy przed sobą jeszcze drugie tyle. – Przez chwilę wpatrywał się, kręcąc z niedowierzaniem głową, w rozłożoną na kolanach mapę. – W obydwie strony to ponad czterdzieści kilometrów w takim upale. Niewiarygodny wysiłek.

- Na pielgrzymkach... – zaczął Grzegorz, ale Jędrzej tylko machnął ręką.
                                                                *  *  *
Nim wysiedliśmy Jędrzej rozłożył posklejaną przezroczystą taśmą mapę.

- Przed nami jakiś zalew, który musimy obejść, ale diabli wiedzą, czy on tam będzie, gorzej dalej, bo jakbyśmy nie szli, zawsze natrafimy na Wartę. Dziw bierze, ale o tym nie pomyślałem. Trzeba było wziąć... Na pewno były na stacji jakieś dmuchane pierdoły dla dzieciaków. Cóż, będziemy się martwili jak do niej dotrzemy. – Zaznaczył krzyżykiem nasze obecne położenie ,złożył starannie kolorową płachtę i schował do bocznej kieszeni plecaka. Wysiedliśmy.

- Chyba więcej się nie zobaczymy – powiedział Jędrzej.

Chwilę zajęło nim zrozumiałem, że przemawia do swojego auta. Nim zamknął bagażnik, po namyśle wyjął z samochodowej apteczki środki opatrunkowe i poutykał je w kieszeniach marynarki.
Nie czułem lęku, ani podniecenia. Las nadal był jedynie lasem, przeszkodą stojącą na naszej drodze. Spojrzałem na Jędrzeja. Był spokojny, rozglądał się z lekkim uśmiechem, kiwał głową jakby potakiwał własnym myślom.

Ona nadrabiała miną. Bała się i z widocznym ociąganiem oddalała się od auta, które pewnie stało się dla niej symbolem schronienia, ostatnią redutą cywilizacji, jaką znała. Dopóki odwracając się, można było zobaczyć choć fragment, choć błysk promienia odbitego w białym lakierze nadwozia, robiła to co chwilę, aż o mało nie upadła, potknąwszy się o korzeń.

Za to księdzu, który po wyjściu z samochodu, zajął w marszu miejsce po mojej prawej ręce, widocznie przeszkadzał niesiony nóż. Dotychczas powściągliwy w reakcjach, uległ dyskomfortowi, charakterystycznemu dla człowieka, który przyzwyczaił się patrzeć na siebie cudzymi oczami. Długie mordercze ostrze jawnie kłóciło się z szarą koszulą zakończoną koloratką. Nóż niesiony wprost, sztywno i ostentacyjnie, wyglądał zbyt wyzywająco. Gdy zaczął nim wymachiwać, odbierał mu powagę, czyniąc z księdza niesfornego chłopca. Zatknięcie noża za pasek nie wchodziło w grę z powodu rozmiarów ostrza.

Przez chwilę bawiło mnie obserwowanie jego zmagań ale w końcu znalazł oczywiste w swej prostocie rozwiązanie. Odpiął koloratkę i schował złożoną do tylnej kieszeni spodni. Nóż stał się z miejsca obojętnym przedmiotem i Grzegorz straciwszy zainteresowanie stylem, w jakim go dzierży, przyspieszył kroku.
                                                              *  *  *
Początkowo droga była łatwa. Choć asfalt zniknął bez śladu, nadal wędrowaliśmy wyznaczonym przez cywilizację szlakiem i chyba tylko umyślnie moglibyśmy zboczyć z trasy.

- Tak to wygląda, jakbyśmy zagłębiali się w przyszłość – odezwał się niezbyt odkrywczo ksiądz. – Wszystko powoli zanika, roztapia się... – dodał.

Miałem to od początku za pewnik, więc tylko mruknąłem z aprobatą.

- Ale my się przecież nie starzejemy – odpowiedziała rudowłosa. – Nas to nie zmienia – dodała, ale zauważyłem, że mówiąc, przyjrzała się swoim dłoniom.

Jej uwaga nie była tak naiwna, jak pomyślałem w pierwszej chwili. Faktycznie byliśmy poza procesami, które tu zaszły. Uświadomiłem też sobie, że proces postępującej degradacji zdawał się rozchodzić od bezpiecznego centrum jakim była stacja benzynowa. Nawet nie próbowałem dociekać, dlaczego akurat to miejsce stało się azylem. – Czekało na nas – podpowiedziała mi pycha.

Niemniej zachowanie Krystyny a nawet młodego księdza, powoli zacierało wątpliwości jakie miałem wobec nich jeszcze godzinę temu. - Godzinę? – spytałem sam siebie. - A gdzie poranne wydarzenia? Sąsiad Roman, wisielec, wariatka, biuro jak kostnica? Bardzo, bardzo daleko, prawie nieosiągalne. Nawet parking, stacja benzynowa, nawet ostatni ekran akustyczny, wszystko zniknęło, gdy zagłębiliśmy się w las. To było dziwne. Jakby świat wokół nas dopiero się formował, a jednocześnie, to, co zostawialiśmy za sobą, zacierało się, niknęło w przeszłości. Niewyobrażalne, a jednak.
Maszerowałem, by odzyskać rodzinę, podczas gdy moi towarzysze byli tylko asystą, strażą przyboczną. Jędrzej wybrał dobrowolnie, oni chyba przymuszeni lękiem przedłużającej się wspólnej, a jednak samotności. Bywa i tak.
                                                                  *  *  *
Las dusił upałem. Między drzewa nie docierały najlżejsze podmuchy wiatru. Trawy pożółkły, zwisające z gałęzi liście szturmujących nasyp brzóz zszarzały. A jednak nadal żył intensywnie wznoszącym i opadającym ptasim gwarem. Brzęczały owady, ale pomimo licznych, znajomych odgłosów, było w nim coś nieuchwytnie wrogiego. Może to było uprzedzenie, historią o wyciu nawołujących się nie wilków, wysłuchaną przy kawiarnianym stoliku. Wszystko widziałem zbyt wyraźnie, do ostatniego szczegółu, jakby obraz świata uległ wyostrzeniu.

- Nogi mnie kurewsko bolą od tej mojej cukrzycy – zaklął Jędrzej i przystanął na moment. Oparł się dłońmi o pień i zrobił obolałymi kończynami kilka niezręcznych wymachów.

- Pan jest chory – bardziej stwierdziła, niż spytała rudowłosa. – Mój ojciec też to miał. Bierze pan zastrzyki?

- Chory śmory. Zaraz mnie pani pocieszy, że szanowny tatuś umarł.

- Owszem umarł, ale nie przez cukrzycę, ale wpadł pod samochód.

- To mi tutaj nie grozi, akurat – zauważył Jędrzej. - Nieźle idziemy. Zaraz powinien być ten niby zalew, ale to chyba było sztuczne jeziorko i najpewniej szlag je trafił. - Mówił przesadnie wesołym tonem i nabrałem podejrzeń, że męczący go ból musi być bardzo silny.

- Dasz radę, czy może zrobimy dłuższy postój? – spytałem, a on się nagle rozzłościł.

- Dziada stuletniego ze mnie robisz? Ledwie dwa kilometry, a pocisz się jak prosiak, mnie tylko nogi, a ty ledwie dyszysz – wygarnął mi zgoła niezasłużenie. – O! – wzniósł palec w górę, nakazując wszystkim ciszę.

Usłyszałem odległe brzęczenie, którego nie da się pomylić z żadnym naturalnym dźwiękiem.

- To właśnie te samoloty... – objaśnił niestrudzony w mówieniu oczywistości Grzegorz.

- Czyli nie jest do końca beznadziejnie, skoro wojsko czuwa – dopowiedział Jędrzej i skończywszy krótki masaż łydek, wyprostował się, stęknął i ruszył dziarsko przed siebie, a my podążyliśmy za nim.
                                                             *  *  *
- Ameryka! To wszystko powinno wydarzyć się w Stanach – powiedziałem. – Oni są łasi na takie historie, nie my. Polacy to naród łagodny, co wielokrotnie udowodniono.

- Albo chociaż w Rosji. Wielkie sprawy w wielkich krajach, a małe w małych. Ostatecznie w Chinach. Polska nie nadaje się do takich eksperymentów – uzupełnił Jędrzej.

- Sądzicie panowie, że to jakiś eksperyment? – wtrącił ksiądz.

- Niekoniecznie. Taką historię trzeba będzie w końcu opowiedzieć światu, a nasze kino... Cóż... Świat ma swoją hierarchię i chyba ksiądz dobrodziej zauważył, że dziewięćdziesiąt procent końców świata wydarza się w Ameryce.

- Masz Jędruś rację. Tam lądują kosmici, tam pojawia się Antychryst czy inny diabeł. Nawet najmarniejsza, zupełnie anonimowa dziura w Ameryce ma jakieś znaczenie, może symbolizować...

- Panowie żartują, no tak, mogłem się domyślić – Grzegorz odciął się i zmyliwszy krok, o mało nie upadł.

- My nie z chytrości. Jestem... Ksiądz nie rozumie? Boję się tego, co zastanę, co się tu dzieje. Nie mogę o tym myśleć, mówić. Dopóki idziemy...

- Miej ufność... – Przerwał, tak jakby obawiał się mojej reakcji na religijną pociechę, którą miał w zanadrzu. Stropił się, a ja z nim, bo wyczułem w tym zawahaniu słabość wiary, która była nam w tym momencie cholernie potrzebna.

Podobnie musiał odczuć to Jędrzej, bo absurdalne przekomarzanie, które było znakiem przyjacielskiego porozumienia, nim rozkwitło wymianą paradoksów, wyczerpało się i zgasło.
                                                           *  *  *
Szedłem ostatni. Przed sobą miałem zgarbione plecy kapłana. Maszerował z pochyloną głową, ostrze jego wielkiego noża zwisało ku ziemi niczym przedłużenie bezwładnej ręki. Szara koszula pokryła się plamami potu. O, gdyby zaczął śpiewać z religijnym zapałem, śpiewałbym razem z nim, ale on zwątpił, cały był jednym wielkim zwątpieniem. Musiał wyczuć w moim milczeniu, że oczekuję od niego czegoś więcej, zebrał się w sobie i zaczął z innej beczki.

- To próba – rzekł. – Nic nie wiemy, nie znamy mechanizmów tego, co się dzieje wokół nas i z nami samymi, ale wierzę, musimy wierzyć i powtarzać: to ma sens! Musimy ufać.

Znowu się nie popisał. Mówił ogólnikami. Sens, ufność, mechanizmy. Jakby nie pojmował, że mogę potrzebować jego wiary, siły jaką daje, a przynajmniej powinna.

- A Bóg? – przerwałem.

- Bóg? – Pytanie zabrzmiało tak, jakby pierwszy raz słyszał to słowo. Chrząknął, mruknął coś, czego nie zrozumiałem i dopiero po dłuższej chwili zmuszony przedłużającą się ciszą uzupełnił:

- Bóg jest miłością...

- Ja pierdolę! – Usłyszałem, wszyscy usłyszeliśmy komentarz Jędrzeja, który uciął nieudaną, dysputę religijną. Nic się nie kleiło. Pojawiające się co rusz nici porozumienia, zrywały się jedna po drugiej.

Nadal wędrowaliśmy po wyróżniającym się z dzikiego otocznia pasie ostatecznie zaginionej autostrady, ale szlak, który wybraliśmy, już zupełnie zlał się z dzikim otoczeniem. Upał i duchota obezwładniały. Choć mieliśmy przed sobą jeszcze kawał drogi, zacząłem się zastanawiać, skąd będziemy wiedzieli, kiedy skręcić na północ. Według mapy, którą przestudiowaliśmy przed wyruszeniem, miało to nastąpić półtora kilometra po przebyciu Warty. Marsz wzdłuż brzegu nie wchodził w grę, gdyż oddalał nas od celu. To wydawało się dość proste, ale zrozumiałem, że jeśli nasyp ostatecznie zaniknie, ciężko będzie utrzymać kierunek marszu, a co za tym idzie natrafić na rzekę.

- Niech się ksiądz nie gniewa – powiedziałem pojednawczo, choć przecież między nami nie doszło do wymiany zdań za którą musiałbym przepraszać. Zrozumiałem, że on zrozumiał moje dobre intencje i nie pomyliłem się.

- Zawsze byłem kiepski w mówieniu o Bogu. Znam milion formuł, ale gdy przyjdzie co do czego, brakuje mi słów. Te siedem dni, siedem dni i nocy, które przeżyłem tam... – zwolnił i ściszył głos do szeptu. – Ona, Krystyna, bardzo mi pomogła z tym swoim rzeczowym podejściem. Sam nie dałbym rady. I tak o mało nie zwariowałem. Gdy weszliście byłem przekonany, że to złudzenie. Cholerna bajka wyprodukowana przez umysł, który nie dał rady dłużej znieść tych wszystkich niewiadomych. Ja przecież też mam bliskich. Rodziców, brata, siostry. Idziemy do pańskich i wierzę, że ich odnajdziemy, ale moi zostali poza tym. Tym... Krysia ma czteroletniego synka. Czeka na nią u matki. Nie jest pan sam ze swoim cierpieniem.

Wreszcie powiedział coś sensownego, ale nie zdążyłem odpowiedzieć. Gdzieś za nami, rozległo długie pojedyncze, stłumione przez odległość i las wycie. Trwało, wznosząc się i opadając w dziwacznych rejestrach i w swej wysilonej niedoskonałości, choć przypominało wilcze, nie przywodziło na myśl siedzącego z zadartym łbem zwierzęcia. Po chwili, gdzieś daleko od południa dobiegło kolejne. Odzew był ledwie słyszalny.

- Ścigają nas, są na naszym tropie – powiedziała rudowłosa.
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Tematy w dziale Kultura