Blog
per fas et nefas
JPJarecki
13 obserwujących 166 notek 154533 odsłony
JPJarecki, 11 maja 2017 r.

Prawo do powrotu. Rozdział piąty

156 2 0 A A A
image



- Jak mięso, to coś z mięs, jak jaja, to…

- Jajecznica – uzupełniłem.

- Trafny wybór – orzekł Jędrzej i zamierzył się na mnie patelnią.

Zawsze, przynajmniej w mojej przytomności, smażył jajecznicę na śniadanie. – Śniadania – powiadał górnolotnie – to podstawa, na której wspieram ruchomą fortecę dnia. To, co oferuje miasto, co jadam z klientami... Przecież nie będę napychał się pierogami z kapustą i grzybami w ramach negocjacji – tłumaczył.

Jędrzej w czasach, gdy zabawialiśmy się pisaniem tekstów w Salonie24, od czasu do czasu fundował internetowej publiczności przepisy kulinarne, ubrane w formę literackich gawęd. Niespieszne, pełne wariantów, zastrzeżeń, odniesień historycznych, a przy tym szczegółowe do tego stopnia, że mógł z nich skorzystać nawet kompletny idiota gotowania.

- Dzisiaj prosto, po kozacku, na smalcu – ogłosił.

- Dlaczego, po kozacku? – spytałem, pamiętając nietuzinkowe nazwy nadawane przez niego prostym potrawom.

- Albowiem mam w słoiczku. – Pokazał słoiczek. – Prawdziwy smalec ze świniobicia. Dodam tylko cebulkę, wędzoną słoninę pokrojoną w paseczki, suszone pomidory, świeże pomidory, ser pleśniowy i mrożoną w oliwie bazylię. Ty nakroisz chleba i zaparzysz herbatę.

- Tak, szefie – odparłem, choć nie uzyskałem odpowiedzi, skąd wzięła się nazwa jajecznicy. Nie potrafiłem skojarzyć Kozaków z suszonymi pomidorami ani nawet z bazylią, ale uznałem, że mistrz patelni, skoro już się takim ogłosił, musi mieć swoje racje.

- Żeby danie nie było zbyt jarskie, dodam dojrzewającej kiełbasy i ten kawałek boczku, który leży w lodówce stanowczo zbyt długo. – Tu Jędrzej zaprezentował kawałek boczku, który wyglądał tak, jakby faktycznie leżał zbyt długo w lodówce.

Delikatnie zaprotestowałem w kwestii boczku i Jędrzej po namyśle, długotrwałym wąchaniu i naciskaniu wędzonki palcem, polecił mi pokroić znalezisko i wyłożyć w karmiku, dla ptaszków, jak nazywał znarowione przez siebie bestie, drące dzioby za oknem.

Uniknąwszy zjedzenia boczku, odetchnąłem swobodniej i zabrałem się za krojenie czerstwego chleba oraz dodatków, takich jak papryka, seler naciowy i sery, które wedle kucharza powinny znaleźć się na talerzu obok jajecznicy.

Zdążyłem zaparzyć herbatę, nim mój kulinarny guru przystąpił do liczenia jaj. Po krótkiej dyskusji, w trakcie której cytowałem z pamięci fragmenty „Ożenku” Gogola, dotyczące pana Jajecznicy, zdecydowaliśmy, że dwa jaja na głowę wystarczą. I tak ledwie wlazły na ogromną kamionkową patelnię, gdzie prawie zniknęły wśród pozostałych ingrediencji.

- Znam jednego takiego redaktora, który nazywał się Sroka, a zmienił nazwisko na Baczyński, z czego wynika, iż Iwan Pawłowicz Jajecznica nie wykazał się przesadną inwencją - zauważył Jędrzej. 

Czy może żelazny chwyt carskiej biurokracji ograniczał do tego stopnia inwencję obywatelskiej autokreacji, że podsuwał mu jedynie wariant z Jajecznicynem? Bieda...

- Abo, abo… - odpowiedziałem, zajęty wyjadaniem okruszków prawie doskonale zbłękitniałego rockforda, którego kawałek znalazłem w lodówce, na talerzyku ukrytym za pudełkiem, opatrzonym groźnie brzmiącym napisem: „Uwaga, pasztet!”

- Sekret dobrej jajecznicy polega na tym, że po podsmażeniu wszystkiego, poza jajami, zmniejszamy gaz na minimum i tak sobie… Rzecz w tym, aby białko zmieszało się i skrzepło wokół dodatków, a żółtko pozostało całkiem płynne, ale nie surowe.

Moim zdaniem sekret polegał głównie na tym, żeby czekający na posiłek zdążył obwąchać się zapachami, a zdradziecki głód doprowadził go do szaleństwa, podczas gdy kucharz ze stoickim spokojem manipulował maleńką łyżeczką, rozgrzanym tłuszczem związując niesforne białko.

- Oby tylko nie skończyło się tak, jak w powieści Klapki Jerome’a – ostrzegłem Jędrzeja. – Tam niejaki Jerzy wrzucił na patelnię sześć jaj i tak długo poganiał je widelcem, aż zmieniły się w nieapetyczny wyskrobek, który zmieścił się na łyżeczce do herbaty.
Nie doczekawszy się odpowiedzi na tę literacką zaczepkę i nie mogąc znieść potęgujących głód zapachów, wyszedłem na balkon i spróbowałem dodzwonić się do żony, ale usłyszałem obcesowe: „abonent jest chwilowo niedostępny”.

- Oddzwoni – pomyślałem.

Wychyliłem się przez barierkę i z ulgą zauważyłem, że drzwi balkonowe sąsiadów są zamknięte. W karmiku nie było już ani odrobiny wyłożonego przed pięcioma minutami boczku.

- Już zjadły boczek – poinformowałem Jędrusia.

- Nasza strata. Chodź i siadaj do stołu! – odparł.

Jędruś położył tace z talerzami wprost na zaścielających stół papierach, ale nim przyniosłem z kuchni dzbanek z herbatą i kubki, uwolnił kawałek blatu, piętrząc maszynopisy i kolorowe czasopisma.

- „Bellona”! – Roześmiałem się, cudem unikając zakrztuszenia.

- Wczoraj, gdy gadaliśmy o Pattonie… - zaczął.

- O Pattonie? – zdziwiłem się szczerze.

- Nie pamiętasz?

- Pamiętam, pamiętam przecież – skłamałem.

- Dobre? – spytał.

- Jaja pycha, krejzi kojones! – odpowiedziałem, bo jaja były faktycznie znakomite.

- Prawie dziesiąta – powiedział, wyciągając spod poduszki pilota od telewizora. - Polacy przy jedzeniu lubią, co? Oglądać telewizję! – odpowiedział sam sobie i ożywił pięćdziesięciocalową, dotychczas martwą bestię, stojącą na zabytkowej komódce. - Pogłośnić, czy wystarczy sam obraz. Ja… Mnie wystarczy sam obraz, bo i tak wiem, co który cymbał pierdoli.
Na ekranie pojawił się facet z hiszpańską bródką.

-Na pewno ględzi o modzie. Pewnie pedał – skomentował Jędruś. – Sprzątając chlewik po tobie zauważyłem, że czytałeś fragment o tej kobitce. Dobre jest jak ją później Plaucik rucha, ale to… Do wszystkich diabłów, jak mogłeś odpuścić, nie rozwinąć... Przecież świadomy czytelnik zaraz się wkurwi, i rzuci tomem o podłogę, jako zrobiony w cygańskiego rolexa.

- Żeby dojechać do trzechsetnej strony, tak czy tak będzie musiał kupić.

- Zaraz kupi. Polezie taka ciamajda do nowomodnej księgarni. Rozsiądzie się jak kura w koszyku, dziób między karki wściubi, wyczyta najlepsze fragmenty, a potem poziewa, że nie dla niego, bo on ma, uważasz, wyższe aspiracje. Co dzień się taki rodzi.

- Masz z tym seksem, ale... - próbowałem oponować, ale rozbawiła mnie wizja czytelnika w koszyku.

- Ale, ale... Przecież, na początku powieści sam zauważasz, że rynkiem rządzą kobiety. Bibliotekami i w ogóle… Kobiety lubią seks, miłość, przytulanie, zdradę, egzotyczne przygody, a ty dawkujesz, tfu, homeopatycznie. Dopiero na trzysta trzydziestej stronie mamy prawdziwy seks. Na sto trzydziestej Mareczek szturcha żonę, ale wybacz… Jak z filmu Disneya jest to szturchanie. Papier, papier… Albo w takim „Potopie”, gdyby Kmicic porządnie wygrzmocił Oleńkę już w tych całych Wodoktach, ilu uniknęlibyśmy problemów?

- Widzisz tego łysego, włącz głos, coś się stało – wtrąciłem.

- Łysy to główny specjalista od walenia konia w telewizji – żachnął się. – Antyterrorysta z komuszej pipki – dodał, przełykając, ale nim sięgnął po pilota, łysy zniknął z ekranu. – Posłuchaj sobie reklam o zatwardzeniu. – Zaśmiał się Jędrzej.

Skończyliśmy jeść. Jędruś zbadał sobie poziom cukru, a potem alkoholu we krwi.

- Dwieście i zero dwa – obwieścił.

- Wziąłeś lekarstwa? – zatroszczyłem się.

- Wziąłem, wziąłem… Jak strawię i ogarniemy się trochę, to ruszamy na podbój warszawskiego świata filmu. Zdąży spaść do zera.

- Ja o cukrze…

- Pierdol się z cukrem – skwitował moje wątpliwości. Spróbowałem wyobrazić sobie tę dziwaczną czynność ale dałem spokój i podążyłem za Jędrzejem do kuchni.

-... wyjątkowo okrutnej zbrodni, popełnionej w spokojnym... – Telewizor za moimi plecami opowiadał krwawą historię, ale mój zacny gospodarz włączył akurat ekspres i zabrałem się za mycie talerzy, ulegając jego wygłaszanej raz po raz sugestii, bym czuł się, jak u siebie w domu.

- Już wyczaili okrutną zbrodnię i weekend jakoś im zleci – zauważyłem.

- Sejm na wakacjach, to wracają do klasyki. Zbrodnie, utonięcia, transmisje na żywo z plaży... Nawiasem mówiąc zapowiadają ponad trzydzieści stopni na cały przyszły tydzień. Głównymi przyczynami utonięć są alkohol i brawura, brawura po alkoholu.

- Nie należy też skakać na główkę, nie zbadawszy uprzednio gruntu, bo można skończyć na wózku inwalidzkim – dodałem.

- Jeśli ma się odrobinę szczęścia – zauważył Jędrzej.

- Bo szczęście jest pojęciem względnym.

Nie doczekałem się riposty. Jędrzej wyszedł z kuchni, a ja usiadłem na taborecie, przypatrując się maszynie produkującej kawę.

- Chodź tu, kurwa, chodź tu natychmiast – wrzasnął.

Poderwałem się i wbiegłem do pokoju. Cztery kroki. Zrobiłem cztery cholerne kroki i znalazłem się w innym świecie.
                                                          *  *  *
Na ogromnym, idealnie płaskim ekranie ujrzałem moje osiedle. Osiedle, na którym mieszkałem od ponad dwudziestu lat. Wysoki, szczupły facet, stojący na tle sklepu sieci Tęcza, wypowiadał właśnie słowa, które znałem na pamięć:

- I oto przychodzę wyplenić chwast, który wyrósł, by zagłuszyć kłosy sprawiedliwych!

- Co to jest? To jakiś żart? - spytałem.

- Siadaj, kurwa – warknął Jędrzej. – Coś ty mi podesłał? Ja pierdolę...

- Ja? - Byłem oszołomiony. Nie potrafiłem zebrać myśli.
Usiadłem na kanapie i przez chwilę gapiłem się jak urzeczony na zmieniające się na ekranie obrazki, zupełnie nie rozumiejąc płynącego z ekranu komentarza. Brzezina, tory kolejowe, pies z wywalonym jęzorem, znowu sklep, jacyś mówiący ludzie. Pulsowały mi skronie i czułem, że się zapadam.

- Coś ty mi podrzucił, co to jest? – powtarzał w kółko Jędrzej, biegając po mieszkaniu. W końcu zatrzymał się przede mną, mierząc do mnie wskazującym palcem i wrzasnął:

- Wypierdalaj z mojego domu!

Wstałem odruchowo. Jego wrzaski nie robiły na mnie żadnego wrażenia. Nawet nie byłem zdolny do tego by się obrazić. Wszystko działo się obok mnie. Minąłem go, sięgnąłem po portfel zostawiony wieczorem na szafce przy łóżku i ruszyłem ku drzwiom. Złapał mnie za ramię.

- Przepraszam, ja...Ja. Dokąd idziesz, kurwa, zostań przecież. Musimy... Uspokój się, zaraz coś wymyślimy,

- Zamknij pysk – powiedziałem, ale usiadłem.

Nadal nie potrafiłem skoncentrować się na tym, co widziałem. Podobieństwo było... Nie, to nie było żadne podobieństwo. Obraz w obraz, słowo w słowo. Spojrzałem na zegarek. Zbliżała się jedenasta. Nie mogłem…

- Ale skąd ty... – Jędrzej zajrzał za ekran niczym ciekawski kot. Jakby spodziewał się za taflą Panasonica znaleźć ukrytego magika.

- Początek, te pierwsze fragmenty, ten mord... Ja to napisałem ze sześć lat temu, a potem to leżało, leżało...

- Ktoś to czytał? – spytał.

- Jasne. Zaciąłem się z pisaniem, to opublikowałem pierwszych trzydzieści stron na blogu, żeby jakieś uwagi... Nic z tego nie wyszło. Potem...

- Tak mogło być! – ożywił się. – Jakiś wariat przeczytał i odjebał taką samą zbrodnię. – Gorączkowo szukał logicznego wyjaśnienia.

- Niby, po co? – Byłem zdumiony jego pomysłem, a to znaczyło, że zaczynałem myśleć. – Jędruś, tu nie chodzi o zbrodnię. Przecież oni powtarzają kwestie z książki. Jak film, to jest jak pieprzony film.

- Inscenizacja! Jak u Wellsa. – Aż podskoczył, chwyciwszy się nowego wytłumaczenia.

- Jakiego Wellsa? To przecież pierdolony TVN24! Sprawdź, co będzie dalej? O której w książce pojawia się informacja o zbrodni w parku, bo mnie się wszystko...Na tych stronach o Wiktorze, które przekreśliłeś, a ja dzwonię do domu, ok?
Sięgnąłem po telefon, ale nagle pojąłem, że to nie wszystko.

- Jeszcze jedno. Kurwa, jeszcze jest coś!

- No, mów. – Zastygł z plikiem wydruków w garści.

- Widziałeś tego gościa z bródką? – spytałem.

- Stuchlika!

- Tak, jasne. Rzecz w tym, że takiego człowieka nie ma i nigdy nie było. Ja go wymyśliłem, podobnie jak tego bełkoczącego dziadka, jak babsko o nieprzyjemnym wyglądzie. Ja ich stworzyłem.

- Pierdol to i dzwoń. O, kurwa. Kurwa nad kurwami! – krzyczał.

Ponownie spróbowałem połączyć się z Grażyną.

- Abonent jest chwilowo niedostępny – usłyszałem.

Przytknąłem na moment telefon do czoła, i próbowałem się uspokoić. Miałem na liście jeszcze sześć osób mieszkających w Golinie. Ciotkę, wujaszka, ich syna, dwie koleżanki Grażyny i Adama, który był nieco zakamuflowanym pierwowzorem postaci Wiktora. Wszędzie przywitał mnie komunikat o niedostępności.

- Chyba padły sieci komórkowe – powiedziałem.

- To dzwoń na stacjonarny – podrzucił mi pomysł.

- Nie mam żadnego w spisie – zacząłem, ale to nie było prawdą.
                                                            *  *  *
- Skład opału – odezwał się znudzony głos.

Rozmowa była krótka. Facet o niczym nie wiedział. Od rana przeważał węgiel. Nie miałem czasu, by opowiadać mu, co się stało.

Tymczasem Jędrek podrzucał mi kolejne, wyszukane w sieci numery telefonów, ale kolejno nie odpowiadały przychodnia lekarska, urząd gminy, weterynarz, a na posterunku policji telefon przez cały czas był zajęty.

W końcu Jędrzej wpadł na pomysł, by szukać numerów sąsiadów. Niestety, większość polikwidowała telefony stacjonarne, inni nie odbierali. Była pieprzona sobota, pogoda jak marzenie… Dopiero po chwili skojarzyłem, że mieszkający naprzeciwko prowadzą w domu firmę reklamową. Jędrek znalazł stronę internetową i zgodnie z jego przewidywaniami był podany numer telefonu stacjonarnego. Po trzech sygnałach usłyszałem kobiecy głos.

- Ależ tak, oczywiście, to żaden kłopot, zaraz poproszę, niech się pan nie rozłącza…

- Poszła po Grażynę – poinformowałem Jędrusia. – Wreszcie się czegoś dowiem, mój Boże. – 

Dopiero, gdy zacząłem się uspokajać, uświadomiłem sobie, jak bardzo byłem zdenerwowany. Trzymając milczącą słuchawkę przy uchu, czekałem, towarzysząc w wyobraźni wędrówce Beaty, tam i z powrotem. Trwało to niepokojąco długo i mój odzyskany na moment spokój, z powrotem przeradzał się w panikę.

– Stało się, stało się – alarmowała wyobraźnia.

Wreszcie usłyszałem zbliżające się głosy. Sąsiadka rozmawiała z jakimś facetem. Kogo, do cholery poprosiła? Poszła do innego domu? – Zdążyłem pomyśleć, nim w słuchawce odezwał się niski, zabarwiony kpiną męski głos.

- Słucham, o co panu chodzi?

Milczałem.

- Przedstawiasz się, jako ja. Zawracasz głowę pani Beacie…

- Ja… - próbowałem coś powiedzieć, przerwać uzurpatorowi, ale słowa odbiegły ode mnie i tylko bełkotałem.

- Niepokoi pan mnie i moją rodzinę. Zgłoszę to na policję!

- Niech pan, niech na chwilę odda słuchawkę pani…

- Jeszcze czego! Kim pan jest, do cholery?

Wydusiłem z siebie nazwisko.

- Nic mi to nie mówi. Nikt taki nie mieszka w Golinie, a przynajmniej nic o tym nie wiem. Pan się przedstawił, jako sąsiad z naprzeciwka, chciał rozmawiać z moją żoną…

- To jakiś wariat – powiedział, odwracając głowę. Głos brzmiał głucho i całkiem obco. – Na pewno wariat – powtórzył i odłożył słuchawkę.

Znowu znalazłem się nad krawędzią przepaści. Wiatr poruszał śnieżnobiałą firanką na tle absolutnej czerni. Gdzieś daleko, z odkręconego kranu kapała woda.

- Wszystko słyszałem, każde słowo. Odczekaj minutę i dzwoń jeszcze raz. – Jędrzej stał koło mnie i zaglądał mi w oczy, jakby na mojej twarzy pojawiło się znamię szaleństwa.

– Albo daj, ja zadzwonię, a ty usiądź i głęboko oddychaj. Nie damy się, kurwa, zobaczysz!
Usiadłem posłusznie. Faktycznie byłem chyba niezdolny do… Nawet nie wiedziałem, do czego. Jędrzej odczekał chwilę, a potem zadzwonił.

- Bardzo panią przepraszam, musiało zajść jakieś nieporozumienie – zaczął.

Nie rozumiałem wszystkiego, co mówił, ale jego poważny, wyćwiczony w niezliczonych negocjacjach głos nawet w tej chwili działał na mnie uspokajająco. Cieszyłem się, że stoi po mojej stronie, że był przy tym, bo jak inaczej mógłby uwierzyć w taką historię. Otaczająca mnie ciemność zaczynała szarzeć. Sięgnąłem po szklankę i udało mi się nawet, nalać do niej wody.

- Słyszałeś? – zapytał, ale musiałem nadal wyglądać niezbyt rozumnie, bo nie czekając na odpowiedź, zaczął wyjaśniać.

- Złościła się, odesłała mnie kilka razy do diabła, ale w końcu opisała mi tamtego ciebie. Wszystko, uważasz, się zgadza. To byłeś ty, ale… - zawiesił głos - …Gdy odwołałem się do jej spostrzegawczości, wymyślając na potrzeby chwili ciebie, jako brata bliźniaka, przyznała, że tamten, ma coś takiego w ruchach… Naopowiadałem jej bredni o braterskim zakładzie. Niby na jeden dzień zamieniliście się rolami. Bzdury kompletne, ale wygląda na to, że sprawa jest bardziej skomplikowana, niż myślałem. Nie masz czasem brata?

- Skąd brata? Przecież ja jestem tutaj! – wybuchnąłem.

- No właśnie – powiedział, przygładzając niesforną czuprynę. Nagle spokojny, próbujący zaradzić. - Myślę, że gadając przez telefon nawet nie zbliżymy się do sedna. Stało się coś niewiarygodnie osobliwego. To wiemy, ale w niczym nam to nie pomaga. Zbieramy dupy w troki i zaraz jedziemy. To tylko dwieście dwadzieścia kilometrów. Spakuję się, skoczymy do biura po broń i pędzimy.

- Masz broń? – zdziwiłem się.

- Mam pozwolenie i jak najbardziej legalnego glocka. To nie są żarty. Albo to jakiś pierdolony spisek, albo, jak ładnie napisałeś w swojej książce, świat się zepsuł.

- Dzięki za pomoc… - wydusiłem w końcu.

Naprawdę byłem wdzięczny. Nie dałbym rady zebrać się na tyle, by jechać pociągiem. Ręce mi się trzęsły. Brakowało oddechu. Na ekranie żółty pasek krzyczał o znalezionym w lesie chłopcu. Mord! Mord! Mord!

- Nie ma, za co dziękować. Taka historia… I swoją dupę ratuję, bo przecież jestem zamieszany. Czytałem przecież i już tego nie zapomnę. Pakuj się i zbierz ten pierdolony maszynopis, bo jeszcze może się przydać.

Działanie, ruch w dobrym kierunku to podstawa. Zacząłem widzieć wyraźniej i fakt, iż nadal niczego nie rozumiałem, przestał być przeszkodą. Jeśli zwykłe deja vu narobiło w historii myśli ludzkiej takiego zamieszania, tego, co mnie, co nas spotkało, w ogóle nie powinniśmy przeżyć. Właśnie tak! Siedzieć, gapić się w telewizor tak długo, aż serca i mózgi odmówią nam posłuszeństwa. Potem ktoś by nas znalazł, papiery poszłyby na makulaturę i świat mógłby działać dalej... A dawni czytelnicy mojego bloga? Ktoś zapamiętał? Skojarzy? Pod tekstem były wszak komentarze, żądające dalszego ciągu. Uświadomiłem sobie, że przecież te pierwsze trzydzieści stron nadal wisi w sieci!
Wpisałem w wyszukiwarkę „Golina mord”. Nic. Tylko bieżące wydarzenia. Wpisałem inne zestawy słów. Bez efektu. Wreszcie z ulgą uświadomiłem sobie, że w pierwszej wersji akcja powieści toczyła się w idiotycznej Kolinie. Nim zamknąłem laptop Jędrzeja wpisałem słowa Stuchlika:

„- I oto przychodzę wyplenić chwast, który wyrósł, by zagłuszyć kłosy sprawiedliwych!” Tak, teraz mój stary tekst pojawił się na pierwszym miejscu w wyszukiwarce.

Jędrzej ogłosił gotowość do wyjazdu. Wrzuciłem rzeczy do torby i pierwszy wyszedłem na klatkę schodową. On wbrew swojej deklaracji wciąż biegał po mieszkaniu. Zamykał okna, sprawdzał gaz, dokręcał krany.

- To nerwy, to wszystko nerwy – pomyślałem.

Stałem i gapiłem się na pelargonie, którymi ktoś z lokatorów ozdobił parapet okna na klatce schodowej. Gorączkowa galopada myśli ustąpiła. Spojrzałem na zegarek. Było siedem po jedenastej, czyli od momentu, gdy ogłuszył nas telewizyjny news minęło dopiero dwadzieścia pięć minut, a mogłem przysiąc, że co najmniej godzina. Te wszystkie rozmowy telefoniczne, krzyki, bieganina... Czas okazał nam swoją przychylność.

Powinienem biec na ratunek, to biegłem, choć przecież nadal stałem z podróżną torbą przerzuconą przez ramię. Gdzieś tam...Moje dzieci, moja żona... Czekali na ratunek, podczas gdy ja słuchałem odgłosów krzątaniny Jędrzeja. Czy aby okazać prawdziwą gorliwość powinienem zbiec po schodach? Dzwonić na policję? Co tu poradzi policja, poza wysłuchaniem bełkotu wariata, za którego niewątpliwie mnie weźmie?
.                                                               *  *  *
Nad stalowymi drzwiami prowadzącymi z klatki schodowej do podziemnego garażu, ktoś obdarzony niewątpliwym talentem narysował kredkami sowę. Żółte oko drapieżnika wpatrywało się we mnie krytycznie.

W obszernym, mrocznym wnętrzu pachniało benzyną i, o dziwo, kiszoną kapustą.  Między betonowymi filarami stało kilka aut. Rozpoznałem tępy zad Lexusa z czarnym kleksem plastiku wyzierającym spod białego lakieru zderzaka. Skaza szpecąca drogie auto, cecha charakterystyczna, ukazująca stosunek Jędrzeja do świata. Popatrzcie. Oto jeżdżę drogim autem, ale nie mam czasu na wymianę kawałka plastiku i zasadniczo mam to w nosie.

Jarzeniówka tląca się w pobliżu samochodu, zamrugała, zasyczała przeciągle i zgasła w momencie, gdy zamki wozu otworzyły się z metalicznym klaśnięciem. Ten dźwięk, razem z echem naszych kroków, obudził moją czujność. Nabrałem przerażającej pewności, że ktoś czai się w ciemności, ukryty za filarem w pobliżu auta. Złapałem Jędrzeja za ramię i szepnąłem:

- Tu ktoś jest.

- Garaż przecież... - odpowiedział, ale ruszył za mną, gdy odszedłem w bok, by z daleka zajrzeć za betonowy słup. Światła było niewiele, ale wyraźnie widziałem zarys postaci opartej o filar. Na szarym tle... Chrząknąłem znacząco.

- Halo, proszę odsunąć się od  mojego samochodu. Co tam robisz? – zawołał Jędrzej.
Nieznajomy nie odpowiedział, nawet nie drgnął. Kontynuowaliśmy marsz po wyznaczonym niepokojem łuku, aż zatrzymaliśmy się na wprost intruza, od którego dzielił nas wóz Jędrzeja.

- Jakiś problem? Ma pan jakiś problem? – rzuciłem.

- Kim pan jest? Halo! – ponowił swoje pytanie Jędrzej.

Mężczyzna, potężny facet w długim, rozpiętym płaszczu, milczał uparcie..

- Jędrek, przecież on, kurwa, wisi! – Mój wzrok przywykł już do ciemności i dostrzegłem ciemne pasmo biegnące zza głowy nieznajomego ku górze. Jędrzej podszedł ostrożnie i uchylił drzwi auta. Rozbłysło wewnętrzne światło i teraz widzieliśmy, że naprawdę mieliśmy przed sobą wisielca

- Już pojechałeś – westchnąłem.

Nie odpowiedział, tylko sięgnął do schowka i wyjął latarkę. W jej świetle ukazał się przerażający widok. O samobójstwie nie było mowy. Lewa strona bladej, zniekształconej dziwacznym, przypominającym półuśmiech grymasem, twarzy wisielca, zalana była krwią. Pusty oczodół krył czarny skrzep. Ostrożnie, by nie nadepnąć na ciemną plamę otaczającą stopy trupa, podszedłem z drugiej strony.

- Nie ma wyboru, dzwoń po policję, a ja...

- Poczekaj, kurwa, chwilę zaczekaj. Facet nie ma też drugiego oka. – Wskazał na zapadniętą, czystą powiekę. - Miał szklane oko. Jednooki, a teraz...

Zdziwiła mnie ta nagle ujawniona detektywistyczna żyłka. Ilu zamordowany nie miałby oczu, zbrodnię popełniono tuż koło jego auta i powinien zawiadomić o swoim znalezisku, bo przecież dojdą...

- Pierwszy raz widzę tego człowieka. To jakiś pierdolony olbrzym. Zobacz, jak mocno ma ugięte kolana, a mimo to jest wyższy od ciebie. – Jędrzej z bliska przyglądał się zwłokom.

- Słuchaj, ja idę, a ty dzwoń, bo będziesz miał kłopoty – powiedziałem.

- Nie żartuj! Nawet tak nie żartuj. Miałbym cię zostawić, bo powiesili jakiegoś... Chodź tu i popatrz.  Facet jest ubrany jak zimą. Długie buty, sweter, płaszcz...

- I co z tego?

- To z tego, że to gra, dalszy ciąg gry, w którą nas wciągnąłeś. On tu nie wisi przypadkiem, ani dla własnej wisielczej przyjemności.

- Jaka znowu gra, co ty opowiadasz?

- A jak myślisz? Po tym, co się zdarzyło w Golinie, co się dzieje z tobą, z twoją pierdoloną powieścią, jaka jest szansa, że w garażu najspokojniejszego w świecie bloku, na najspokojniejszym w Europie osiedlu, znajdziemy trupa z wyłupionym okiem. Ilu kręci się po świecie jednookich, którym ktoś wyłupia drugie ślipie?

- Przestań pieprzyć – zaoponowałem.

- Poza wszystkim, czy ty w ogóle czytasz to, co piszesz?

- Co to ma do rzeczy? – Tym pytaniem mnie zadziwił.

- Zaraz na początku. Ten twój Wiktor idzie do parku. Nim ruszy akcja, rozpamiętuje różne straszne rzeczy, jakie mu się przydarzyły i wspomina, jak to przed laty znalazł w lesie wisielca. Trup był ubrany w czarny płaszcz i sweter w paski, który przypominał wdzianko...

- Freddiego Krugera – dokończyłem.

- A teraz spójrz tutaj! – Mówiąc to, omiótł snopem światła czerwono-czarne pasy.

- Ale oczy. U mnie nic nie było.

- Nie było, bo nie napisałeś, ale skoro zwłoki już gniły, a w lesie nie brakuje drapieżnych ptaków... Macka, rozumiesz... Macka potwora sięgnęła z Goliny na Białołękę. Podążyła za tobą.

- Ale policja... – Próbowałem oponować, ale straciłem przekonanie do sensu dalszego oporu. Jego auto było potrzebne, a sam Jędrzej konieczny.

- Ty jesteś pisarzem, czy jakimś pierdolonym ormowcem? To coś próbuje nas spowolnić i tyle. Jak będziemy wyjeżdżali, to powiem ochroniarzowi na bramie.

- Będą cię szukać, jako świadka i w ogóle...

- To nie film. Zanim cokolwiek zaczną, już dawno będziemy w Golinie. Nawet nie sprawdziłem, czy to nie halucynacja. – Wyciągnął rękę i szturchnął trupa palcem. Zwłoki nie były halucynacją.
Garaż otwierał się dziwnie opornie ze zgrzytem i wizgiem łożysk. Powstał taki hałas, że nie musiałem pytać, czy to jest normalne. Wystarczyło spojrzeć na napiętą, pobladłą twarz Jędrzeja. W końcu mechanizm zawiódł, ale o sekundę za późno i wyjechaliśmy, trąc dachem o gumowe wykończenie, w które jakiś dobrodziej zaopatrzył dolną krawędź blaszanej, uchylnej bramy.
                                                                 *  *   *
- Panie kochany – Jędrzej z uśmiechem zwrócił się do wyglądającego przez okienko budki ochroniarza. – W garażu czwórki zepsuła się brama, ledwie wyjechałem i zostawiłem otwartą. Poza tym jest tam trup. Niech pan tam nie wchodzi, tylko wezwie policję.

- Pana to się żarty trzymają. Poważnie z tą bramą?

- Śmiertelnie – odpowiedział Jędrzej i zaśmiał się sucho, zamykając okno.

- Teraz wezwie ekipę naprawczą. O ile nie zapomni, poprosi żeby przeszukali garaż, albo, gdy jego partner wróci z obchodu, sam pójdzie i sprawdzi, ale może zdarzyć się i tak, że wrócę z Goliny, a tamten nadal będzie sobie wisiał w najlepsze.        

- Sądzisz, że chcą nas spowolnić? W takim razie, pogrzebałbym raczej przy samochodzie – zauważyłem. - To prostsze niż wieszanie trupa.

- A najprostsze byłoby nie małpowanie słowo w słowo wydarzeń z twojej książki, prawda?

W wykorzystaniu mojej fabuły było coś złowieszczego, skierowanego wprost do mnie. Ostrzeżenie, wezwanie?
                                                               *  *  * 
Jeszcze nie zjechaliśmy na Świderską i na wszelki wypadek Jędrzej zatrzymał się na poboczu, by zrobić pobieżny przegląd. Po minucie ocenił, że nie ma śladów, by ktoś manipulował przy wozie.

- Gonimy w piętkę – skwitował, siadając za kierownicą.

Nim zamknął drzwi, do auta podbiegła gruba, czerwona na twarzy kobieta, przyciskająca coś białego do piersi.

- Ty morderco! – wrzeszczała. - Przejechałeś mojego Pepiego. Ty skurwysynu! Przejechałeś biednego Pepiego! Ludzie, na pomoc! – darła się jak opętana.

- Jakaś bzdura – warknął Jędrzej i próbował zamknąć drzwi, ale kobieta zdążyła zablokować je nogą. 

Wnętrze auta momentalnie wypełnił odór zastarzałego brudu i moczu. Widziałem tylko kwiecistą spódnicę baby, przytrzymywaną przez gumkę na tłustym kałdunie.

- Odegnaj, kurwa, tę wariatkę, bo ja nie mogę wysiąść.

Wysiadłem i od napuchniętej twarzy kobiety dzielił mnie biały dach auta. Wrzeszczała, ale odniosłem wrażenie, że jej oczy niczego nie widzą. Mętne, jasnoniebieskie, jakby pozbawione białek. To, co trzymała w objęciach, nie było martwym zwierzęciem ani nawet psem zabawką, tylko kłębem brudnoszarej wełny.

- Mój Pepi! Mój Pepi! – zawodziła monotonnie.

Oczywiście, jak zwykle w takich przypadkach, zaczęli się gromadzić wychodzący ze sklepów ludzie.

- Jeeezu! Jeeezu dopomóż! – wzywała nadaremno baba.

- To wariatka – odezwał się facet w przyprószonych wapnem roboczych ciuchach. – Tutejsza wariatka. Ciągle ją wypuszczają, a ona... Niech pan wrzuci luz i potoczy auto ku szosie, to się odczepi - doradził Jędrzejowi, który chyba jednocześnie wpadł na identyczny pomysł, bo nim ten skończył mówić, samochód drgnął i zaczął wolno zjeżdżać po nieznacznej pochyłości.

- Wskakuj – rzucił do mnie.

Szliśmy, prawie biegliśmy, ja i wariatka, po dwóch stronach nabierającego rozpędu Lexusa. Nim wskoczyłem, zdążyła wysyczeć do mnie:

- Jedziesz po śmierć, w ciemność jedziesz, człowieku. Jedziesz po śmierć i nie zmartwychwstaniesz.

Wskoczyłem i zatrzasnąłem drzwi, a jej głos utonął w dźwięku pracującego silnika. Obejrzałem się i zobaczyłem jak odwraca się i odchodzi, ciągnąc za sobą kłąb sparszywiałej wełny.

- Dżizas! – warknął Jędrzej.  

- Słyszałeś, co mi powiedziała? – spytałem.

- Darła się...

- Powiedziała, że umrę.

- Wszyscy umrzemy – odpowiedział spokojnie Jędrzej. – Naprawdę, to ostatnia rzecz, którą bym się przejmował. Miejscowa wariatka? Osiem lat tu mieszkam i pierwszy raz ją widziałem. Może nie jestem miejscowy? Jasna cholera, była gorsza niż wisielec.
                                                               *  *  *
Ich biuro obrotu nieruchomościami mieściło się w okazałym, szklanym wieżowcu w centrum Warszawy. Jędrzej chwalił się ostatnio, jak świetnie im idzie, ale nie sądziłem, że aż tak. Zaproponowałem, że zaczekam w podziemnym garażu, ale uparł się i zaciągnął mnie na górę.

- Wysoki połysk – zauważyłem.

- Dla nas za wysoki, ale siedzimy tu od roku, w ramach rozliczenia z jednym takim, co żebrakiem został. Adres prestiżowy od cholery, ale kto przytomny płaciłby piętnaście koła miesięcznie za kawałek pieprzonej podłogi. Banki, kancelarie adwokackie... Jednak czasem we Wawce pomaga, bo taki adres na wizytówce, no...

- Procedury jak w angielskim banku – rzuciłem, gdy mijaliśmy podnieconego interesanta, któremu recepcjonistka odmawiała wydania przepustki, nie mogąc połączyć się ze wskazaną przez niego osobą. Ten wymachiwał dowodem osobistym niczym miniaturowym wachlarzem.

- Zawsze sam zjeżdżam po klientów. Recepcja to nic. Najlepsze są windy, bo każda jedzie gdzie indziej.

- Windy? – Nie kryłem zdumienia, gapiąc się jednocześnie na wiszącą nade mną przezroczystą kładkę. Chwilę trwało nim zidentyfikowałem przesuwający się po niej obiekt, jako kobiece nogi w spódnicy zwieńczone czerwonymi majtkami.

- Ano – skomentował Jędrzej, gdy zauważył, na co się gapię. - To budynek dla inteligentnych, a wybałuszanie się na cipki zostawiamy pospólstwu. Dwa piętra są ogólnodostępne, a inne też mają... 

W ogóle, to czuję się tutaj... Jedziemy w górę, a mam wrażenie spadania. Dobrze, że jesteśmy we dwóch, bo w tym pudle zawsze nachodzą mnie myśli o śmierci. Klimatyzacja, wygody, ruch i praca, a jakbym wchodził do cholernej kostnicy.

Wysiedliśmy na dwudziestym szóstym piętrze. Biuro, do którego mnie wprowadził było nowocześnie bezosobowe i schludne, zupełnie niepasujące do Jędrzeja, jakiego znałem. W pierwszym pomieszczeniu mieściła się recepcja, a za szklaną ścianką niewielki „open spice” na kilka identycznych stanowisk. Na każdym biurku stał monitor, zestaw narzędzi pisarskich i trzypoziomowe przezroczyste szufladki na dokumenty.

Pomieszczenie wyglądało tak, jakby nikt nigdy w nim nie pracował. W kącie stała szafa wypełniona ponumerowanymi granatowymi segregatorami i dziwaczny futurystyczny kosz na śmieci, przypominający odwrócony kieliszek do koniaku. Żadnych roślin. Ścianę zdobiła oprawiona mapa przedwojennej, zaginionej w morzu gruzów Warszawy. I tyle.

Przeszliśmy do gabinetu, urządzonego jak skrzyżowanie salonu z pokojem wypoczynkowym, gdzie jak stwierdził Jędrzej, razem ze wspólnikiem podejmowali zaufanych gości.

- Jak wyciągam nogi, opieram je o Pałac Kultury – rzucił, wyglądając przez panoramiczne okno.

W gabinecie, pomimo wygodnych na pierwszy rzut oka foteli, cieplejszej tonacji barw i gigantycznego monitora wiszącego na ścianie vis a vis purpurowej sofy, odniosłem podobne wrażenie, jak w pokoju - gdzie wedle słów gospodarza - na co dzień praca wrze i aż kipi. Jedynym śladem działalności ludzkiej było widoczne ugięcie materaca kanapy, świadczące o tym, że ktoś lubił się tu wylegiwać.

Wszedłem za przyjacielem do aneksu kuchennego. W szafce, której blat kryła taca z odwróconymi szklankami, krył się czarny, wyglądający na zabytkowy, niewielki sejf.

- Umiesz strzelać? – zapytał.

- Zależy, z czego – odpowiedziałem głupio.

- Na wszelki wypadek pożyczę ci kolta. Zatrzymamy się po drodze w jakimś lesie...

- Masz kolta z takim bębenkiem?

- Kobrę z krótką lufą. Dostałem od jednej panny. Zarejestrowany na Adama, ale weźmiesz na wszelki wypadek. Nie, żeby zaraz strzelać, ale moje przeczucia...

- Może jak wyjdziemy z tej kostnicy... – zacząłem.

- Sądzisz, że opuszczą mnie złe przeczucia? Wątpię – odpowiedział na moje niedokończone pytanie.

Wręczył mi flanelowy woreczek z nabojami i widząc, jak rozglądam się bezradnie za jakąś torbą, dodał:

- Z tyłu, za portki, jak w filmach, a to możesz przecież nieść. Przepraszam za ten mieszek, ale Adam... Cóż, on jest z tych, co muszą się powstrzymywać od wyhaftowania na woreczku różyczek. Porządny facet, ale...
                                                            *  *  *
Gdy wróciliśmy do auta, z ulgą przełożyłem broń do leżącej na tylnym siedzeniu torby podróżnej. Paradowanie nawet z nienabitym koltem w spodniach sprawiło, że z nerwów szedłem sztywno, jak na paradzie i zdążył rozboleć mnie brzuch.

- Dałbym ci kaburę, ale jak ktoś nie nosi, na co dzień marynarki, sam jest sobie winien – skomentował złośliwie, zauważywszy moje cierpienia.

W każdym razie manipulacje bronią spowodowały chwilowe oderwanie od uporczywych myśli o nieznanym losie bliskich. Dopiero, gdy stanęliśmy na światłach, sięgnąłem po telefon, ale moje próby zadzwonienia do żony i na komisariat, znów spełzły na niczym.

- Zostaw – powiedział. – Niczego, poza nerwami... – przerwał i włączył radio.

Był kwadrans po dwunastej, czyli czas był nadal dla nas łaskawy. Jędrzej przerzucił dostępne stacje, ale żadne radio nie pokusiło się o relację z Goliny. W końcu zostawił na Zetce, zaznaczając, że wytrzyma dopóki skurwysyny w studio nie zaczną dowcipkować.

- Albo ja nie mam poczucia humoru, albo oni sprzedają bełkot i rechot z własnego prostactwa jako żart  – stwierdził. – Odrzuca mnie fizycznie. Jakbym wkładał głowę do ociekającej śluzem nory.

- I co dalej? – spytałem.

- Byle wyjechać z Wszawki, do autostrady i hejta wio, jak mawiał sąsiad mojego dziadka, niejaki Haizelmann! Dwie godziny z małym okładem i będziemy... Pojedziemy... Wiesz jak te duraki nazwały drogę?

- No? - spytałem.

- Autostrada Wolności! Ja pierdolę, wolności im się zachciało, akurat na drodze! Fort Blizne po prawej...

- Fort? – Przez chwilę gapiłem się bezmyślnie na plastikową taflę, oddzielającą trasę od reszty świata.

- Za szybką, przecież. Raz się dałem namówić na paintball z klientami. Jakie, kurdelebele, dno!

- Paintball?

- Iii... klienci. Po pięciu minutach żałowałem, że nie jedziemy na ostre. Było gorąco, zganiałem się jak dzika świnia, użyłem jak pies w studni i jako wielokrotnie zabity... – przez chwilę opowiadał o swoich przygodach, znowu barwnie, jak zwykle nie szczędząc szczegółów.

Zdałem sobie sprawę, że unikamy rozmowy o tym, co na nas czeka na końcu trasy. Lexus mknął, radio opowiadało o filmach, na które warto się wybrać w weekend. Zamknąłem oczy, bo nie mogłem dłużej znieść widoku sylwetek ptaków naklejonych na taflach dźwiękoszczelnych ekranów. Tylko przypuszczenia, niejasne wizje i lęk wirujący w ciemności.

- Zastanawiam się, o czym rozmawialiby bohaterowie książki w takiej sytuacji – zagaił po chwili milczenia Jędrzej. - Czytam setki fabuł. Dorzecznych i niedorzecznych, a nie potrafię... Jadą na ratunek, jadą w nieznane, bo tak zdecydowali. Czy powinniśmy planować, co zrobimy, jak dojedziemy? Co byś napisał?

Milczałem. Nic nie przychodziło mi do głowy. Tylko fragmenty zdań, obrazy domu, ale wszystko niejasne, odsunięte w czasie, jakby nie do końca dotyczące mnie samego. Zagadki. Czy to tylko zagadki do rozwiązania?

Jędrzej, znudzony zachwalaniem filmowych premier, zmienił stację i z głośników popłynął jasny głos Marka Grechuty:

„...samo siebie tworzy 
Póki śmierć się nie umorzy sama sobą 
Zagadki się radują 
Życie – patrzy w zwierciadło 
Swej własnej głębi 
Przerażenie samo się zdębi ze strachu przed sobą 
Spadają maski z drzew, gór i owo 
Widzę czar 
Bezlitosne niebo 
Ha...”

- W punkt – powiedział Jędrzej, gdy wybrzmiała piosenka i wnętrze auta wypełnił szum i trzaski odtwarzanego w studio winyla.

- Jest z nami psycholog społeczny, profesor Smutnopolski z Uniwersytetu Warszawskiego. Zastanowimy się wspólnie, jakie zmiany zachodzą wraz z rozwojem postnowoczesnego społeczeństwa w naszym stosunku do śmierci... - Jędrzej przyciszył.

- Zaraz zaczną dzwonić różni popaprańcy i będą opowiadać o światełku wiodącym w zaświaty. W taki upał o śmierci... Biłbym, normalnie biłbym za to!

- Ty też wspominałeś, w biurowcu... – zauważyłem.

- Tak, ale ja mam obsesję – wyjaśnił. - Ciągle myślę o śmierci. Na smutno i na wesoło, a to drugie sowizdrzalskie podejście świadczy w dzisiejszych czasach o braku piątej klepki. Chętnie, zbyt chętnie wyobrażam sobie ostatnie chwile, uciekające myśli, nad którymi człowiek już nie panuje. Gesty, słowa... Pochylone nade mną twarze dzieci, które czekają nadejścia wielkiej ulgi... Zauważyłeś, że obecnie słowa „umarł” prawie się nie używa. Odszedł, ludzie odchodzą. Wędrowcy się znaleźli. Jeszcze dwadzieścia lat, żeby całkiem zamazać i podkreślić zdrowy charakter nieboszczyka, zaczną mówić, że pobiegł. Nawet nieźle brzmi: - Pobiegł do domu Pana! Nieprawdaż?

- Kiedy cię dopadła? – spytałem.

- Obsesja? Mam ją od dziecka. Od dnia, gdy przyszedł telegram o śmierci mojej chrzestnej. Miałem sześć lat, chyba. Bawiłem się z dziadkiem w chowanego. Gasiliśmy światło w największym pokoju... Schowałem się pod kanapą i zawołałem: - Już! – Rozumiesz, ilość skrytek dość ograniczona, ale pamiętam, że zabawa była przednia.
Wtedy zadzwonił dzwonek. Babcia otworzyła  drzwi. Leżałem, powstrzymując się przed kichaniem, ale zamiast mnie szukać, dziadek zaczął pocieszać płaczącą babcię. Ja leżałem i leżałem, niecierpliwiąc się w ciemności, aż nagle poczułem, że pod tą cholerną kanapą jest ktoś jeszcze. Ktoś, kto chce mnie schwytać, gdzieś zabrać... I odór, taki jak wtedy, gdy w butli kończy się gaz i...

- Przerażające – stwierdziłem.

- Poczekaj! Uciekłem do przedpokoju z krzykiem, że wybuchnie gaz, a oni płakali. To był dla mnie szok. Gaz się oczywiście nie ulatniał, ale to, że dziadek płakał... Babcia, gdy się tylko uspokoiła, poleciała do sąsiadki dzwonić, a ja siedziałem przy takim moim specjalnym stoliczku i rysowałem krzyże. Tak, to pamiętam dokładnie. Dziadek mówił i mówił, wyjaśniał, tłumaczył, że nie trzeba płakać, ja rysowałem i płakałem. On płakał razem ze mną, więc żadna pedagogika.
Potem było jeszcze dziwniej. Podsłuchałem, że ciocia popełniła samobójstwo. Uszczelniła mieszkanie, odkręciła gaz. To się tak zbiegło. Babcia zawsze już była pewna, że duch Wandzi mnie wtedy nawiedził. Duch cioci... Dobre sobie! Do dzisiaj pamiętam nienawiść, jaką poczułem od tego czegoś... Wiesz. Uczucia lepiej pamiętamy niż obrazy, słowa...

Otworzyłem oczy i ze zdziwieniem spojrzałem na Jędrzeja ocierającego wierzchem dłoni łzy. Przez chwilę milczeliśmy. Ekrany zniknęły na moment i zagapiłem się na pole jęczmienia, ciągnące się, aż do ciemnej kreski lasu.

- To tkwi we mnie, pierwsze spotkanie ze śmiercią – wyjaśnił. - Przez lata drżałem, gdy wieczorem ktoś niespodziewanie dzwonił do drzwi. Połowa telegramów w tamtych czasach zawiadamiała o śmierci. Czarne ptaki.

- Zupełnie zlikwidowali telegrafy – zauważyłem.

- Czytam o niej, oglądam, staram się pojąć, wczuć w ostatnie chwile umierającego, w te myśli, z których nikomu już się nie zwierzy. I nadal nic nie wiem, nadal jestem letni, nie tyle, że wyzuty z wiary, ale w ogóle z opinii na temat Boga, duszy... Tak, jakby tylko mnie omijało, powszechnie znane rozwiązanie wielkiej tajemnicy. Nie mogę też nazwać się ateistą. Śmieję się z tych durniów, bo gdy nadchodzi czas, buzie w ciup, rączki na kołderkę i... Zmiłowania! To wybiegi, to wszystko wybiegi.

- Też nie znam odpowiedzi – powiedziałem.

- Nie znasz, nie znasz. Każdy zna, poza mną – odparł. - Chyba dlatego, z miejsca zdecydowałem się jechać z tobą. Poczułem, że tam, że jak już dojedziemy, czeka mnie jakaś iluminacja. Nie śmierć, bo to byłoby zbyt łatwe, prozaiczne, kurewsko proste, ale coś, co pozwoli mi... Sam nie wiem, nie potrafię tego wytłumaczyć, ale dzisiaj rano, gdy zobaczyłem w telewizji, gdy zrozumiałem, że ty...To.... Dosłownie poczułem kurz w nosie. Znowu tam byłem, znowu leżałem pod tą pieprzoną kanapą. Ktoś otworzył drzwi. Telegram, rozumiesz?

- Telegram – powtórzyłem machinalnie.

- Pamiętasz, napisałeś opowiadanie, w którym jesteś ostatnim żyjącym człowiekiem w całym wszechświecie. Ziemia uległa zagładzie, tere fere, a ty krążysz po orbicie i oglądasz niezbyt budujące obrazki w rodzaju żarzącej się skorupy, która była niedawno błękitną planetą. Mało to oryginalne, ale w finale Bóg wysyła do ciebie anioła, bo nie może znieść myśli o twoim samotnym konaniu. Samotnym w najszerszym z możliwych sensów. Początkowo chce chyba zapewnić ci towarzystwo, niczym alfons z wiadomej agencji, ale to byłaby groteska, w związku z czym po długotrwałym, iście boskim namyśle cofa zagładę. Śmiertelna asteroida omija Ziemię, w związku z czym, wszyscy żyją długo i szczęśliwie, aż do usranej śmierci. Dzięki temu ty, który w ramach walki o jak najdłuższe przeżycie, szykowałeś się do poćwiartowania i zjedzenia swego astronautycznego towarzysza, który popełnił samobójstwo, stajesz się niejako zbawicielem ludzkości. Dziwne, ale zawsze gdy je czytam, biorę do siebie rozterki narratora. Nie w sensie kulinarnym, oczywiście.

- Rozterki narratora – powtórzyłem machinalnie i zamknąłem oczy.
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Tematy w dziale Kultura