Blog
per fas et nefas
JPJarecki
13 obserwujących 166 notek 155103 odsłony
JPJarecki, 9 maja 2017 r.

Prawo do powrotu. Rozdział czwarty

156 0 0 A A A
image

                                                                         
                                  1.           

Obudziłem się o trzeciej w nocy, prawie pewny, że zapomniałem wieczorem zadzwonić do domu. Sprawdziłem komórkę i z ulgą odkryłem dwa połączenia. Grażyna dzwoniła o dwudziestej trzydzieści. Tego telefonu nie odebrałem, ale po pięciu minutach oddzwoniłem i rozmowa trwała całe siedem minut, czyli wszystko wydawało się być w porządku, poza tym, że niczego z tej rozmowy nie pamiętałem.

O dziwo po przebudzeniu czułem się trzeźwy i tylko pragnienie walczyło we mnie o lepsze z parciem na pęcherz. Ze zdziwieniem stwierdziłem prawie zupełny brak śladów niedawnego opilstwa. Moje ciuchy leżały starannie złożone na otwartej torbie podróżnej, w łazience nie cuchnęło rzygowinami, zawalony papierami stół był w takim stanie, w jakim go zapamiętałem, a z sypialni dochodziło prozaiczne, miarowe pochrapywanie Jędrzeja.

Przejrzałem się w lustrze, obmyłem twarz, przygładziłem bródkę i dopiero kiedy z butelką Cisowianki wyszedłem na balkon, znalazłem ślad wczorajszej libacji w postaci góry petów na talerzyku, solidnie napoczętej butelki Balentajnsa i dwóch pustych szklanek. Pamiętałem, że piliśmy Old Beana, czyli ta butelka była trzecia. O, cholera! Powinienem zdychać, a czułem się doskonale. - Za dobrze – pomyślałem.

Za to luka w pamięci była niczym czarna płachta zarzucona na łeb. Wypłukałem jedno z opróżnionych wieczorem naczyń wodą mineralną, nalałem whisky na dwa palce, a potem siedziałem, patrząc w gwiazdy. Zza koron drzew, zza Wisły, wypełzało, kłócąc niezmierzoną toń wszechświata, blade światło - poświata drzemiącej Warszawy. 

Martwy spokój osiedla, jaki zapamiętałem, nie był teraz, o dziwo, już tak jednolity. Gdzieś niedaleko wciąż trwała piątkowo-sobotnia impreza. Snuła się cichym łkaniem gitar, przerywanym wybuchami śmiechu, które brzmiały jak rżenie przebudzonych nocą koni.

Ktoś zakasłał pod balkonem. Spojrzałem w dół i zauważyłem ognik papierosa. Palacz siedział albo kucał pod dorodnym bukszpanem i chyba patrzył w moim kierunku, bo w mdłym świetle widziałem jasny owal twarzy.

- Nie za wcześnie na szklankę wódy? – zasyczał nieznajomy.

Nie odpowiedziałem. Jeszcze tego brakowało, żebym wdawał się w rozmowę z kimś, kto spędza noc w krzakach.

- Wczoraj się poznaliśmy. Skręcałem regał – kontynuował niezrażony moim milczeniem.

Aha, czyli miałem do czynienia z Romusiem, liberalnym dziennikarzem i zdaniem Jędrka, menelem po godzinach. Teraz zupełnie nie wiedziałem, jak się zachować. Czułem, że jeśli się odezwę, łajdak spróbuje wprosić się na kielicha, a wpuszczenie go byłoby grubym nadużyciem wobec mojego gospodarza. Cała sytuacja była wielce nieprzyjemna. Wstałem z fotelika i ze szklanką w dłoni, wycofałem się do mieszkania, żegnany dziwnie teatralnym wybuchem tłumionego śmiechu.

- Jutro nie będziesz taki... – Usłyszałem na pożegnanie.

- Hardy? Powiedział „hardy”?... – Straciłem chęć na poranną dawkę alkoholu i wylałem zawartość szklanki do zlewu.

Potem wróciłem na kanapę. Pomimo otwartych drzwi balkonowych w mieszkaniu było zbyt gorąco, bym mógł ponownie zasnąć. Myślałem o dzisiejszym, planowanym spotkaniu z filmowcami, jak ich nazywał Jędrzej, i naszły mnie wątpliwości, czy tego wszystkiego nie zmyślił. Jak przez mgłę przypominałem sobie, że pokazywał mi jakieś papiery. Byłaby to umowa?
Ktoś cicho zastukał. Raz, dwa, pauza, raz, dwa, pauza, raz dwa... Tego było za wiele. Nakryłem twarz poduszką i tak leżałem, ślepy i głuchy przez dobre dwie minuty, ale gdy zsunąłem ją z twarzy, nadal słyszałem ciche,  miarowe stukanie.

- To jakiś pierdolony świr – pomyślałem.

Nie byłem pewny, czy Jędrek zamknął drzwi na zamki, ale wyprawa do przedpokoju, wydała mi się jeszcze dziwniejsza, sankcjonująca absurdalne roszczenia sąsiada do wchodzenia w moją prywatną noc.

- Stuk, stuk.

Od momentu, gdy zwróciłem uwagę na ten dźwięk, zdawał się narastać i leżąc na pokrytej skórą kanapie, wbrew sobie zacząłem go analizować. Był zbyt twardy. Łobuz stukał jakimś przedmiotem. Pomyślałem, że najpewniej kluczem, ale wyobraźnia odpowiedziała mi przekornie, że pazurem.

- To karzeł o małpich rękach i wilczym pysku, a najgorsze... Wszedł i czai się w przedpokoju – pomyślałem, ale zrozumiawszy, że wyobraźnia poniosła mnie za daleko, zachichotałem, po czym wstałem i powlokłem się by wyjaśnić sprawę. Oczywiście drzwi były zamknięte na zamek i solidnie wyglądający łańcuch.

- Słucham – rzuciłem tonem, jakbym rozmawiał przez telefon.

- To ja, Aga. Przyszłam tylko powiedzieć, żeby Roman przestał się wygłupiać. Niech pan mu...

- Nie ma tu pani męża. Myślałem, że to on... Przed chwilą widziałem go pod balkonem, palił papierosa. – Nie zrozumiała mojego szeptu. Widać mówiłem zbyt cicho.

- Niech mu pan powie żeby wrócił do domu. Boję się być sama. Ci z klatki obok chodzą i chodzą, stukają w ścianę, leją wodę do wanny. Niech pan mu powie...

Otworzyłem górny zamek i uchyliłem drzwi na długość łańcucha. Stała blisko drzwi, a gdy się poruszyła, odniosłem wrażenie, iż wykorzystując swą chudość, spróbuje przez szparę wślizgnąć się do mieszkania.

- Powiedział, że idzie do was na jednego. Potem zasnęłam i teraz...

- Proszę się uspokoić, pani mąż jest na dworze. Widziałem go pod balkonem. Siedział w krzakach i palił papierosa.

- Już pan to mówił. Przecież to absurd, to nie może być prawda.

- Dlaczego absurd? Co też pani... – zdziwiłem się.

- Roman nie pali, on nigdy... Niech pan mnie wpuści. Pewnie położył się i gdzieś zasnął. Dlaczego nie chce mnie pan wpuścić?

Napierała na drzwi, przyciskając do szczeliny połowę twarzy. Na wysokości moich oczu widziałem jej ciemne, przysłonięte jasną grzywką, pojedyncze oko. Czułem jej oddech pachnący miętą i cynamonem.

- Proszę mnie wpuścić... – powtarzała z uporem.

Żałowałem, że nie wpuściłem jej od razu, miałbym to z głowy, ale ten łańcuch... Nigdy nie miałem łańcucha w drzwiach. Potem, gdy poczułem napór i zajrzałem z bliska w nic nie wyrażające oko, nie potrafiłem się przemóc, by to zrobić.

Nie bałem się, ale sytuacja z każdą sekundą stawała się coraz bardziej groteskowa. Żeby zamknąć drzwi, musiałbym użyć siły. Na dodatek wsunęła w szparę dłoń, jakby chciała mnie chwycić. Cofnąłem się odruchowo.

- Niech mi pani da minutę. Proszę się cofnąć na chwilę. Sprawdzę wszędzie. To przecież nie moje mieszkanie. Obudzę Jędrzeja - bełkotałem.

Po chwili namysłu cofnęła się i błyskawicznie przekręciłem gałkę zamka.

- Proszę zaczekać, ja zaraz... – Zapaliłem światło i faktycznie spenetrowałem mieszkanie, zaglądając nawet do pokoju, gdzie spał mój przyjaciel. Oczywiście nigdzie nie było jej idiotycznego Romana. Wróciłem do przedpokoju.

- Halo, proszę pani...

Odpowiedziała mi cisza.

- Sprawdziłem całe mieszkanie i nigdzie nie ma pani męża.

Nie odezwała się i po prostu poczułem, że już jej nie ma za drzwiami. Wyjrzałem. Na klatce schodowej zgasło światło, ale bez wątpienia, poza stojącym pod ścianą spacerowym dziecięcym wózkiem, nie było nikogo. Zamknąłem drzwi, wyłączyłem światło i przez chwilę stałem w przedpokoju, zastanawiając się nad dziwacznym uporem tej kobiety, gdy usłyszałem metaliczne stęknięcie, jakby ktoś wprawił w drżenie stalowy pręt. Od razu zrozumiałem, że ona...

Błyskawicznie wróciłem do pokoju, ale było już za późno. Stała w drzwiach balkonowych. Widziałem jej sylwetkę na tle delikatnej poświaty osiedlowych lamp. Tego było już stanowczo za wiele. Zapaliłem światło. Stała bez ruchu z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała. Bosa, w szarym dresie z napisem Harward Business School na piersiach.

- Proszę pani... – zacząłem, ale podchodząc bliżej zauważyłem, że kobieta zdaje się spać. Nie spuszczając jej z oka, otworzyłem drzwi sypialni i spróbowałem obudzić Jędrzeja, powtarzając głośno jego imię. Za czwartym razem odniosłem sukces.

- Czego mnie budzisz? – spytał nie otwierając oczu.

- Aga tu weszła przez balkon. Szuka męża.

- To ją, kurwa, wyprowadź przez drzwi, skoro weszła przez okno, bo zaraz wpadnie ten debil, że mu ruchamy kobitę.

- Nie, żadne kurwa, tylko wstawaj i mi pomóż. Dość mam tej baby. Najpierw stukała, a teraz stoi bez ruchu... - Westchnął ciężko, ale ku mojej uldze usiadł na łóżku.

- Nie uprzedzałem cię? To wariatka! Oboje są nieźli... Która to godzina? – zainteresował się i odniosłem wrażenie, że znowu chce się położyć, ale w końcu wstał, drapiąc się w głowę i ziewając przeraźliwie.

Był nagi i nagi poczłapał do łazienki, zgoła obojętnie mijając stojącą bez ruchu kobietę.

- To nie pierwszy raz. Weź, spróbuj ją obudzić, ale delikatnie. Zaraz będę, tylko wciągnę jakieś portki. Jakby ten głupek pukał, nie otwieraj, nim ja...

Podszedłem do niej, ale moje próby wyrwania kobiety z letargu okazały się zbyt delikatne, co unaocznił mi Jędrzej, podchodząc i bez chwili wahania wymierzając jej dość siarczysty policzek, by następnie podtrzymując upadającą, usadzić na fotelu. To była bardzo fachowa operacja, w wyniku której Aga natychmiast doszła do siebie i zaczęła całkiem przytomnie dopytywać, co robi w naszym mieszkaniu.

- Znowu jesteś moją zmorą, ale tym razem wystraszyłaś mi autora, co jest niewybaczalne. Jak chcesz, naleję ci soku albo czegoś mocniejszego, a potem grzecznie wrócisz do domu.

Wyszedłem na balkon, ale na dole nie dostrzegłem ognika papierosa. Od zachodu wiał nieprzyjemny, zbyt ciepły jak na przedświt wiatr.

- Panie Romanie, jest pan tu jeszcze? – zawołałem cicho.

- Nie wołaj go. Jeszcze jego tu brakuje.

- Kilka minut temu był na dole. Palił papierosa w krzakach...

- On nie pali. Jej Romuś nie pali, nie pije nawet kawy, nie słodzi, nie soli, tylko za pieniądze pieprzy o liberalizmie. Ten w krzakach to był pierdolony Jagniątko z parteru. Jak ten człowiek mnie wkurwia! Zawsze nocą pali i zaczepia skurwysyn ludzi wychodzących na balkon.

- I co teraz?

- Teraz, odprowadzimy grzeczną panienkę do jej domku. Tak, Agusia...

- Przeraża mnie to wszystko... Roman ciągle gdzieś ginie, a ja... - Pociągnęła nosem.

- A ty jesteś taka samotna i nieszczęśliwa, a koleżanki ci mówią, że jesteś podobna do Sandry Bullock, ale, skromna moja sąsiadko, dzisiaj żadnego ruchania nie będzie. Pójdziesz grzecznie spać, bo mamy ciężki dzień przed sobą i nie zamierzam spędzić go na bójkach z twoim Romusiem.

- Myślałam, że skoro jesteś, jesteście we dwóch to może...

Słuchałem jak świntuszyli, stojąc w tym jego za ciasnym szlafroku i naprawdę miałem dość żenujących, krępujących sytuacji. Z ulgą towarzyszyłem im do drzwi, na klatkę schodową, a nawet wziąłem udział w poszukiwaniu Romusia, po którym został ślad w postaci skręconego regału, stojącego dumnie na środku pokoju.

- Spać, spać i jeszcze raz spać – powiedział Jędrek, gdy wreszcie zostaliśmy sami. – Ciągle mam z nimi takie ekscesy. Myślałem, że tym razem odpuszczą, ale oczywiście nic z tego. Ta cała Aga ubzdurała sobie najpierw, że sypiam z jej mężem, bo ten jej mąż to, proszę ciebie, tajny pedał. Z tej zazdrości, chciała mnie sprawdzić i... Z czego się, kurwa, śmiejesz?
Rozśmieszyła mnie wizja Jędrka jako homoseksualisty, ale z drugiej strony, samotny facet po czterdziestce, którego odwiedzają i czasem u niego nocują różne, podobne do mnie typy.

- Sypiasz z nią?

- To za dużo powiedziane. Od czasu do czasu przelecę ją na stojąco, ale ostatnio unikam, bo sam przecież widziałeś, że ona ma coś z głową. Nawet to jej lunatykowanie jest udawane. Dobra, stary, teraz śpimy. Doświadczenie podpowiada mi, że mamy spokój do rana, chyba, że on wróci i zaczną się tłuc. Gdyby jeszcze raz przylazła, nie budź mnie, proszę.
                                                             *  *  *
Jędrek usnął. Wraz ze świtem ucichły też odgłosy osiedlowej libacji, zastąpione koncertem ptasich szczebiotów.

– Mali filharmonicy stroją instrumenty – pomyślałem.

Nie pomagało zaciskanie oczu, przywoływanie widoku płynącej wody, ani zagłębianie się w dziwaczne koncepty przyszłych fabuł. Kanapa zmieniła się w twardą poradloną ziemię, koc stał się szorstki, a poduszka, nie wiadomo dlaczego,  cuchnęła rozgrzanym metalem. Najbardziej przeszkadzała mi świadomość, że powinienem wypocząć. Spać, bo nadchodząca sobota może coś zmienić w moim życiu.

Musiałem spróbować usnąć przez czytanie. Uniosłem się na łokciu i po chwili wahania wybrałem kilka stron maszynopisu własnej powieści, słusznie zakładając, że nic tak skutecznie mnie nie uśpi, jak tekst, który doskonale znam.

Strona nosiła numer dwieście czterdzieści osiem i nie była przekreślona przez mojego sprytnego wydawcę, ale opatrzona dwoma nieprzyjemnie wyglądającymi znakami zapytania. Faktycznie, czegoś tu brakowało. Przeżyta przed chwilą skrajnie nieprzyjemna sytuacja, choć błaha w swych konsekwencjach, niosła więcej negatywnych emocji, niż potrafiłem wlać w moich powieściowych bohaterów. Tamci, pomimo przelanej krwi, wiszącego nad głowami zagrożenia, uznali za stosowne zabawić się w poszukiwaczy przygód, li tylko na podstawie niejasnej wizji Marka. Na dodatek rozmawiali o pierdołach, jak gdyby nigdy nic. Zamknąłem na chwilę oczy i zobaczyłem siebie sprzed kilkunastu lat wracającego z pracy.

Zepsuł się autobus, a ja mając do przejścia niecałe dwa kilometry, uznałem, że czekanie nim PKS podstawi zastępczy pojazd nie ma sensu i powędrowałem na skróty przez pola, a potem wąską asfaltową drogą, po lewej ręce mając gęsty sosnowy młodnik, a po prawej głęboki, zarośnięty trawą rów. Słońce zaszło, niskie ołowiane chmury zamknęły się nad światem. To był ciemny, bezśnieżny grudzień, ale ponaglany wizją spóźnionego obiadu maszerowałem dość dziarsko, smagany podmuchami wiatru, niosącego lodowate drobiny zmarzniętego deszczu.

I wtedy, dobre pięćdziesiąt metrów przed sobą, zauważyłem ruch w rowie. Ktoś wyszedł na asfalt i stanął naprzeciwko mnie. Odruchowo zwolniłem kroku i obejrzałem się, ale byłem sam i musiałem iść przed siebie, a on stał nieruchomo, milcząc i nie wykonując żadnych gestów. Niby nic wielkiego, a jednak wtedy, z każdym krokiem, który zbliżał mnie do nieznajomego, narastał lęk. W tej nieruchomej sylwetce było coś...

Gdy dzieliło mnie od niego nie więcej niż dwadzieścia kroków i gorączkowo zastanawiałem się jak obejść, jak zareagować na wyobrażony atak, za jego plecami pojawiły się długie światła nadjeżdżającego auta. Obejrzał się, krzyknął coś, czego nie zrozumiałem, przesadził jednym susem rów i zniknął w lesie. Nie zważałem na nic, nie próbowałem nawet zatrzymywać samochodu, tylko pognałem przed siebie niczym pieprzony sprinter.

O, tak. To było straszne. Po latach opisałem to zdarzenie w opowiadaniu „Pogorzelec”, ale wypadło blado i żadne kły ani pazury nie pomogły. Ziewnąłem, co było dobrym znakiem, otworzyłem oczy i na chybił trafił wybrałem kilka kartek.



                                                               2.

Plaut leżał, nie mogąc zasnąć, wśród oddechów, pochrapywań, zdających się wypełniać przepełnioną, szukającymi azylu ludźmi kamienicę. Dumał o tym, jak łatwo kilka dni zatarło wspomnienia tego, kim był. Jak szybko i bezwzględnie nawał wydarzeń obszedł się z jego pamięcią, jak łatwo wywrócił zdawałoby się nienaruszalną gradację spraw ważnych i nieważnych.
Aby zasnąć, spróbował pomyśleć o pracy, ale z trudnością przypomniał sobie zarys biurka, wyłączony komputer, złożony laptop. Nic więcej. Koledzy z pracy, ich twarze i głosy zatarły się. Zadania, jakie wykonywał wydawały się absurdalne. Całe jego życie takie było. Absurdalne i niepotrzebne, zupełnie jakby było niedonoszonym płodem jakiegoś fantasty. Przyjaciele z miast, teraz naprawdę odległych, ich miłe żony, zacne mieszkania, zalety, wady. Wszystko gdzieś przepadło, uleciało.

Przez chwilę zastanawiał się, czy czasem nie umarł. Może śmierć tak wygląda? Wpędza gasnącą duszę w niekończącą się fabułę, w dziwaczność przygód, nowych hartów ducha, wyzwań? I ten koncept odrzucił po chwili wahania. Wszystko było nieciągłe, byle jakie, niedopracowane.
Dotknął twarzy Moniki. Wymruczała coś niezrozumiale. Ale była realna. Pachniała snem, oddychała. Przewrócił się na prawy bok i wyczuł ruch, oddech przy twarzy. Sięgnął w mrok i natrafił na zimny psi nos. Aza wykorzystała okazję i zaczęła lizać jego dłoń. Cofnął rękę.   

-Nawet jeśli to śmierć – pomyślał - trzeba żyć dalej, starać się, jak najlepiej.
                                                                  *  *  *
Wreszcie był na miejscu, we właściwym sobie czasie. Wiedział o tym, nim otworzył oczy. Coś specjalnego w zapachu w zapachu lasu, szumie płynącej po kamieniach wody Otworzył oczy. Leżał na piasku w pełnym słońcu, co nie było najlepszym pomysłem. Usiadł, oparł się plecami o głaz i przez chwilę patrzył z zadowoleniem na zieloną, kwitnącą u jego stóp dolinę otoczoną przez porośnięte ciemnymi lasami wzgórza.

W końcu wstał, by zaraz uklęknąć nad strumieniem i pić się lodowatą wodę ze złożonych w łódkę dłoni. Nasycony wspiął się wyżej, by jeszcze raz zbadać znalezisko. Nie miał żadnych wątpliwości. To nie było zwykłe skalne rumowisko, tylko zburzony kamienno-ceglany dom. Teraz jeszcze wyraźniej widział zarysy fundamentów. Niegdyś ten dom górował nad okolicą. Sto, albo pięćset lat temu. Obszerna, wzniesiona wielkim nakładem sił siedziba człowieka. Zmierzył krokami zarośnięty zielskiem prostokątny zarys. Szesnaście na dwanaście kroków. 

W piasku, żwirze, czerwonej mące cegieł, które nie przetrwały nawałnic i deszczy, znalazł i ułożył na wąskim języku mchu skorodowane gwoździe, zawiasy, blaszki. Nieprzydatne, ale dobrze wiedzieć o takich miejscach. Był prawie pewny, że gdyby starannie przekopać rumowisko, znalazłoby się coś ciekawszego. – Można też budować na tych fundamentach. Miejsce jest przepiękne, strumień... – pomyślał.

- Dobra, to tyle – powiedział głośno, zdjął z gałęzi dwa upolowane przed krótką sjestą króliki i przywołał Azę. Musiał chwilę zaczekać, nim przybiegła i napiła się wody.

Przez chwilę widział siebie za biurkiem, gdy wyłącza komputer, zmęczony pisaniem, a suczka jakimś swoim, nie wiadomo którym zmysłem wyczuwa w nim decyzję o spacerze i zaczyna szaleć z radości. Teraz żyła w świecie nieustannego spaceru.

- Jeszcze pożyjesz, moja suczko. Takie kundelki to ho ho... – przemawiał do niej, głaszcząc psi łeb, a z oczu niespodziewanie popłynęły mu łzy. Nie płakał nad sobą, ani nad psem, bo nie było ku temu żadnego powodu. Coś w tym nagłym wspomnieniu, jakaś niejasność, nawet nie tęsknota. Po prostu coś.

Niedobrze, to nie był czas, ani miejsce, by się rozczulać. Obmył twarz w strumieniu. Już gotowy, z flintą na ramieniu, z łukiem przerzuconym przez plecy i z kołczanem pełnym pierzastych strzał, zaczął schodzić trawiastym zboczem. Ku domowi.

                                 3.

Zdążyłem pomyśleć, że mój bohater ma lepiej niż ja, bo ciągle przysypia i nagle sam znalazłem się w przestronnej, jasno oświetlonej jaskini. Ogromny, sięgający rogatym łbem stropu pół byk a pół człowiek pochylał się nade mną. Owionął mnie jego ognisty, pachnący szałwią oddech.

- Już po mnie, przecież to sam wielki Minotaur – pomyślałem, ale jednocześnie pojąłem, że śnię i lęk został wyparty przez uczucie ulgi.

Minotaur też wyglądał na szczęśliwego, a z całą pewnością był wielce z siebie zadowolony. 

Ruszyłem za nim, a on oprowadzał mnie po swojej doskonale urządzonej jaskini.

- Mam w labiryncie wszelkie udogodnienia – mówił. – Nie, żeby zaraz grający melodie kibelek, ale bieżącą wodę, prąd według taryfy dla zasłużonych, ekspres do kawy, zasobną biblioteczkę, kino domowe.

- Chyba labiryntowe – powiedziałem, aby sprawdzić, jak zareaguje.

- Na pożegnanie wyświetlę panu film – odparł grzecznie i uśmiechnął się szeroko.

Następnie pokazał mi wesołego, całkiem białego pudla, dwie świnki morskie, kilka garniturów, obite skórą, wielkie jak łodzie fotele.

- Czy ma pan, panie Minotaurze kostkarkę do lodu? – spytałem chytrze.

- Oczywiście. Nie wyobrażam sobie życia bez w pełni automatycznej kostkarki. - I przestrzeni, ile zapragnę w labiryncie – dodał.

On sam też niczego sobie. Kark byczy, spoglądał bokiem, jak kruk. Opowiedział, że ćwiczy codziennie we własnej siłowni. Potem mówił o życiu, swoich marzeniach, trochę geopolitycznie, trochę popkulturowo. Nawet ciekawie, z zębem.

- Ariadna – zawołał. – Kochanie!

- Zaraz przyjdę, już kończę!

- Jaka to kobieta, jaka gospodyni. Wiśnie dryluje, setki wiśni. Cała we krwi wiśniowej, pachnącej.
Gdy wspomniał krew, zmartwiałem i na moment zapomniałem, że przecież śnię. Wtedy on podszedł do mnie, a jego łapa sękata, upazurzona. Staje nade mną, nozdrzami parą bucha. - Oj, niedobrze! – pomyślałem.
Ale zaraz się odpręża, śmieje głośno. To był tylko pokaz mocy.

- W tym świetle, jak tak trochę ramionami, sam pan widział. Jest coś, nie?

- Oj, jest! – Panie Minotaurze, panie Tezeuszu, co pan sądzi o nas… Poszukiwaczach?…

- Cóż.– Założył nogę na nogę i odchylił się w tył. – Ludzie tam, poza labiryntem, to w większości barbarzyńcy. Niewolnicy czasu. Przepraszam, jeśli pana uraziłem. – Uśmiechnął się miło i uniósł szklaneczkę.

- Na zdrowie! - Chciałem odpowiedzieć, ale w tym momencie się obudziłem.
                                                              *  *  *
Rozwidniło się całkowicie. Spojrzałem na zegarek. Było dopiero dziesięć po piątej. Przez chwilę wsłuchiwałem się w odgłosy dochodzące z osiedla, ale nie usłyszałem niczego, co mogłoby obudzić mnie tak nagle.

Kartki, które czytałem przed zaśnięciem zsunęły się na podłogę. Pomyślałem, że później je uporządkuję i sięgnąłem po kilka kolejnych. Ten plik zaczynał się na czterysta pierwszej stronie, a moi bohaterowie już opuścili Golinę.

– Mogli od tego zacząć – pomyślałem.

Nagle zrozumiałem, jak bardzo mam dość tej książki. Myśl o kolejnych miesiącach grzebania w życiu postaci, które od momentu postawienia, jak mi się wydawało,  ostatniej kropki zdążyły się ode mnie oddalić, była mi wstrętna, ale wiedziałem, że to zrobię. Forsa to forsa.
Tym bardziej teraz, gdy zaczęły się rysować jakieś sensowniejsze perspektywy. Dla odmiany miałem jeszcze w zanadrzu zarys nieźle zapowiadającej się i zupełnie nowej fabuły. No i oczywiście te rzekomo sprzedane opowiadania, z którymi niewątpliwie też zaczną się rozmaite korowody.

                                 4.

 - Mięso! - Wiktor wskazał, stojącego o pięćdziesiąt metrów jelenia.

O tak, zwierzyny było mnóstwo. Nie znała człowieka, patrzyła niepłochliwie, dziwiła się. Widzieli już sarny, dziki, a teraz jelenia. Po przedarciu się przez wyjątkowo paskudny pas kolczastych chaszczy niespodziewanie natrafili na wzgórze o łagodnych zboczach, porośnięte starymi rozłożystymi dębami. Kilka godzin męki nadwątliło ich siły. Chociaż była dopiero szesnasta, postanowili rozbić obóz na wzgórzu do którego dotarli.

Marka niepokoiło, że przedtem nigdy nie było w tym miejscu żadnego wzgórza. Na jego wątpliwości słusznie odpowiedział Wiktor, że po tym wszystkim, co się stało, jest wiele rzeczy, których przedtem nie było i odwrotnie, wielu nie ma, jak na przykład przestronnych pastwisk, zastąpionych przez splątane krzewy.

Przydźwigali z Goliny zapasy, ale brakowało wody. Wychodząc byli pewni, że w ciągu dnia dotrą do Warty, ale nie napotkali nawet cieków wodnych, przez które mieli się przeprawiać. Dzieląc obowiązki, zauważył, że w najgorszym humorze byli młodzi, przygarnięci w kamienicy lokatorzy. Czuł, że najchętniej wróciliby do miasteczka, ale brakowało im koniecznej do tego odwagi.
                                                            *  *  *
- Pugu! Pugu! – rozległo się niespodziewanie w krzakach okalających wzgórze. Głos był  znajomy i Plaut nie mógł się powstrzymać przed zadaniem klasycznego pytania. - Ale się wybrał dowcipnie – pomyślał.

- Kto tam?

- Stuchlik z ługu! – No jasne, któż by inny.

Roześmiani wyleźli z  ukrycia. Stuchlikowi towarzyszyły dwie dziewczyny z miejskiej biblioteki i może sześcioletnia dziewczynka. On był w miarę czysty, ale tamte umorusane jak nieboskie stworzenia.

- Wyciągałem je z bagna. Takie nieusłuchane, że strach! Bo tam jest bagienko niewielkie, które trzeba będzie obejść, a my chcieliśmy dotrzeć do tego właśnie wzgórza.

- Wy tak, bez niczego, jak na wycieczkę? – zapytał Artur.
Stuchlik popatrzył na rozłożone w trawie sterty naszego bagażu. Uśmiechnął się.

- Zaś tam, bez bagażu. Od wczoraj noszę, nosiliśmy z pannami. Dlatego nie zaszliśmy dalej. Z kupki na kupkę. Jak się wreszcie na tym wzgórzu walnę, to zakimam jak suseł. A wy pewnie wyszliście pod wpływem chwili, bo zabraliście broni, jakbyście szli na wojnę. Może i słusznie.

- Ja też mam! – Odchylił kurtkę i pokazał glocka w uprzęży. - Dostałem od Kwiecińskiego. Jeszcze karabin i dwa półautomaty dla panienek. A siekiery macie?

Spojrzeli po sobie. Żaden nie pomyślał o siekierze, choć planowali zbić tratwę, jeśli przyjdzie przeprawiać się przez rzekę.

- A ja mam siedem, pięć trzeba oprawić, ale są. A tabletki do uzdatniania wody? A sprasowane, wysokoenergetyczne wojskowe porcje? A łuk bloczkowy i sto dwadzieścia strzał? A brzytwy? A opatrunki, antybiotyki, koce?

- Lekarstwa tak – wtrąciłem. - Najgorzej z wodą...

- Do bagienka wpływa strumyk. Woda dość dobra, piłem i żyję. Mam też specjalne worki, takie bukłaki na wodę, całą paczkę.

Chwalił się, dumny ze swojej zapobiegliwości. Miał z czego. Nagle spoważniał.

- Kwieciński mnie wyprawił z Goliny. Jak go postrzelili i ten Sławiński przejął dowództwo, wyprawił mnie z dziewczynami. Drugą grupę na północ, trzecią na wschód. Na pewno widzieliście nasz samochód na szosie.

- To moja bryczka – wtrąciła jedna z umorusanych panienek. – Jestem Karolina, to Justyna, a ta mała to jej siostra, Elżunia.

- Jeszcze ktoś szedł tędy przede mną. Cała grupa, ale nie wiem kto – kontynuował Stuchlik. - Skręcili przy bagienku na Konin, ślady...

- A Kwieciński został, dlaczego nie poszedł, skoro nie ufa Sławińskiemu, was wyprawił, a sam...? – spytał Artur.

- Powiedział, żebyśmy koniecznie szli. On jako dowódca rozezna, co robić i jak będzie trzeba, jeśli uzna, że trzeba, zakończy ten burdel. Tak powiedział. – Wiecie... Na rynku stoi taka wielka zaplombowana ciężarówka z konserwami. Myślę, że tak naprawdę to pierdolona bomba, która zniesie z ziemi wszystko... O tym pomyśleli prawie od razu.

- Nie zrobi tego, do diabła, tam jest tylu ludzi. Trzeba wrócić, ostrzec – Artur poderwał się na nogi, jakby chciał biec.

- Siadaj, człowieku, i bądź cicho, bo kobiety wystraszysz! – zezłościł się Stuchlik.

- Zaufaj mu. To dobry i mądry człowiek. Podejmie właściwą decyzję, a jak tam polecisz i narobisz rabanu, nie będzie miał w ogóle żadnego wyjścia. Ja, my...Gówno przecież wiemy. Jeśli to inwazja, jeśli Golina jest przejściem, trzeba je zamknąć. Przecież Ziemia jest nasza. Tak czy nie?
                                                          *  *  *
Ogniska, las, niebo zalane gwiazdami. Ludzie ucichli. Leżał z rękami pod głową. Między nim a Moniką spali synowie. Ta ciągle ich przykrywała, otulała, choć było ciepło, prawie gorąco. Czasem ostrożnie, by nie zbudzić chłopców szeptali nad ich główkami pojedyncze słowa.
Księżyc tej nocy był ogromny, równikowy. Zaczęła pohukiwać sowa, potem druga, piąta, dziesiąta. Jeszcze zatrąbił po swojemu łoś, albo jeleń. Słyszał jakieś gonitwy u podnóża. I nagle ryk, gardłowe nawoływanie.
                                                              *  *  *
W świetle księżyca ulice Goliny, przypominały mrowisko. Obcy, łeb przy łbie, podskakują i szeleszczą skrzydłami. Piszczą. Leci nad miasteczkiem, niby na lotni, bezszelestnie.
Chciał krzyczeć, ale nie mógł. Potem znalazł się w jaskrawo oświetlonej bibliotece. Szukał Kwiecińskiego, ale go nie znalazł. Tam jacyś oficerowie, burmistrz Sławek, kilka znanych twarzy, ale oni go nie widzieli.

Krążył między nimi niczym duch i w tym momencie zorientował się, że śni. W salce konferencyjnej był też On. Upiorny w swym ogromie, ale odrzucił kaptur. Miał ludzką twarz. Maskę trzymał w dłoni, a potem odłożył ją na stolik, do kompletu z czarnymi, uzbrojonymi w potężne pazury rękawicami.

Marek wyszedł z biblioteki tylnymi drzwiami. Musiał szarpać się z zamkiem, dopasowywać klucze z ogromnego pęku, choć był duchem. Potem znalazł się w kwaterze Kwiecińskiego. Ten stukał w klawiaturę laptopa. Chwycił dowódcę za ramię, a ten powoli się odwrócił. Miał zaciśnięte usta, ale twarz Marka, bo Marek stał się nim i gdy ktoś chwycił go za ramię, odwrócił się zniecierpliwiony. Wcisnął enter i zaczął się modlić.

- Ojcze nasz, któryś jest w niebie... dalej nie pamiętał. Powtórzył jeszcze raz, w nadziei, że sobie przypomni. - Ojcze nasz...

- Święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje...Śpisz?

Znowu to pytanie. Jedna z najsłynniejszych odzywek wymyślonych przez człowieka. Tym razem w wykonaniu Stuchlika.

- Podszedłem, bo się tak modlisz i modlisz, ale coś ci nie idzie. Dopiero druga, a już nasi strażnicy śpią. Muszę sam pilnować, bo nie mam sumienia ich budzić. Myślałem, że skoro nie śpisz, razem możemy powitać słoneczko.

- Fakt, teraz nie śpię.


                                                                 
                                                         *  *  *
Chodzili wokół niewielkiego obozowiska. Do ledwie żarzących się ognisk dorzucili zgromadzony wieczorem chrust. Marek opowiedział Stuchlikowi swój sen, na który ten wzruszył ramionami.

- Będzie jak będzie – powiedział i zaczął planować.

Słusznie uznał, że niesione z takim mozołem zapasy żywności nie wystarczą na długo i koniecznie trzeba zacząć polować. Od razu, żeby nagle nie stanąć przed problemem głodu. Dwadzieścia dwie osoby to spora wycieczka.

- Chleb – wtrącił Plaut. – Nie będziemy mieli chleba!

- Przez ciebie – śmieje się Adam – bo nawet modlitwy pańskiej nie znasz! Jakbyś znał, to dalej jest...

- Daj spokój, to przecież przez sen.

- To proste. Trzeba znaleźć zboże. Wymłócić, zmielić w żarnach na mąkę. Potem drożdże, woda i już mamy. Tylko skąd drożdże?

- Drożdże się hoduje!

- Z czego? Jak?

- No tak.

Milkniemy, bo co tu mówić? Jak nic, zdechniemy z głodu.

- Nie mamy mleka dla dzieci i z pewnością nikt nie pomyślał o soli - uzupełnił Stuchlik.

Marek zrozumiał, że są skazani na niekończącą się wędrówkę, niczym dziwaczne, nieprzystosowane do życia plemię. Zbierać, polować, suszyć, wędzić, dźwigać zapasy. Bez końca.

- Musimy udomowić konia – rozmarzył się Stuchlik.

- Warzywa, owoce, inne takie, bo szkorbut – dodał od siebie.

- Możemy pić świeżą krew – pocieszył go Stuchlik.

- A jajka?

- Ptaki są przecież, ptaków jest zatrzęsienie.

- A zima? Przecież nadejdzie zima, a my ani ciepłych ubrań, ani domów...

- Pójdziemy na południe, bo tam zawsze cieplej.

- Trzeba znaleźć przytulną jaskinię.

Przez chwilę śmiali się razem, połączeni jednocześnie ciężarem i ulgą, jaką daje świadomość, że los w większym niż przywykłeś stopniu, zależy od ciebie. 
                                                                    *  *  *
Plaut  spojrzał na zegarek. Było pięć po czwartej. Zapalił papierosa.

- Niedługo rzucisz to świństwo - stwierdził Stuchlik.

Jakby potwór westchnął wprost nad ich głowami. Ryk i huk. Upadli i stoczyli się po zboczu. Magazynek karabinka wbił się Markowi w żebra, rozłożona kolba rąbnęła go w usta, a potem uderzył głową w drzewo i wszystko zakryła mgła.
                                                                   *  *  *
- Wszyscy cali?

- Poza tobą, tak! – Powiedział Wiktor, spoglądając znad ramienia obmywającej mu twarz Moniki.

Ta się śmiała, bo nadeszła ulga. Jej zdradziecki, wredny mąż jednak żył. Oparł się na łokciu. Głowa pulsowała mu tępym bólem.

- Tylko guz, guz jak brzoskwinia!

- Jak brzoskwinia? –zdziwił się Marek.

- Bo większy niż śliwka. Leż spokojnie

Poza nim wszyscy byli na nogach. Dogaszali rozrzucone ogniska. Pomyślał, jak dobrze, że padały ostatnio deszcze. W głowie huczały mu słowa Stuchlika, te o piciu świeżej krwi. Oparł się na łokciu i zwymiotował.
Patryk i Adaś usiedli przy nim. Na tle wciąż ciemnego nieba widział kiwające się ze zmęczenia główki.

- Dobrze się czujesz tatusiu? Dobrze się czujesz, nie boli?

- Nie boli, moje dwa dzielne słoneczka. Nic tatusiowi nie jest. To tak, jak spaść z huśtawki.

- Albo jak ja się huknąłem o maszynę do szycia i też miałem guza – dodał Adaś.

Nie mamy chyba nawet pieprzonych igieł. – Pomyślał. Stuchlik zaraził go tą wyliczanką i od razu miał na rozbitej głowie cały świat problemów. Jak szyć ciuchy ze skór dzikich zwierząt? Jak garbować skórę? Przypomniał sobie, że Robinson wzorem Eskimosów żuł ją po kawałku. Znowu zrobiło mu się niedobrze.

Rozpalili ognisko, by chociaż jedno płonęło. Zebrali rozrzucony sprzęt. Dopóki się bali i mieli zajęcie, nie było wielkiego gadania, ale już skończyli i zaraz się zaczęło. Płacz, niektórzy zaczęli histeryzować, żeby wracać, zobaczyć... Monika z powrotem utuliła chłopców. Dobre i trzy godziny snu. Koło Marka usiadł Wiktor.

- I co myślisz? - Niektórzy chcą wracać, głównie ci młodzi, bo zostawili tam znajomych, rodziców, domy...

- Już ich widzę jak wracają. Diabli wiedzą, czego tam użyli. Szaleniec by się tam pchał. I tak mamy tysiąc problemów. – Mówił urywanymi, krótkimi zdaniami. Pomimo zażycia trzech tabletek głowa cały czas pulsowała bólem.

- Słyszałem twoją rozmowę ze Stuchlikiem. To na próżno. Nawet nie wiemy, gdzie jesteśmy, a wy o soli. Na razie jest, bo moja siostrunia taszczy ze dwa kilo. Pojęcia nie mam, skąd jej to przyszło do głowy, żeby sól akurat...

- To zresztą... Czy ja wiem... – Marek kaszlnął, uwalniając drugie źródło bólu tkwiące gdzieś za dolną szczęką.

- Kurwa – zaklął.

- To wszystko nie było normalne. Morderstwa, panika, walka z tymi stworami, halucynacje, jakieś zakłócenia. Tak mi się przypomina tamta sobota, gdy wszystko się zaczęło. Widziałem wróbla zawieszonego w powietrzu. Świat zamierał, ruszał, ludzie wariowali. Wiesz... Czuję, że to się skończyło, nie pójdzie za nami.  Z solą, czy bez soli. Są dzieci, musimy przetrwać i przetrwamy.

- Ten Stuchlik jest w porządku – stwierdził.

- Jeden z tych młodych to taki pasjonat. – Roześmiał się Wiktor. - Mówi do mnie, chwali się, ponoć jest znakomitym mechanikiem samochodowym. Szef mu powierza poważne naprawy, a specjalizuje się w ustawianiu gaźników, o ile chcesz wiedzieć.

- No tak, mechanik samochodowy. Jak znalazł. A szewca przypadkiem nie mamy?

- Nie, przypadkiem nie mamy, ale damy sobie radę. Skoro parę tysięcy lat temu... Nie takie ananasy.
Markowi przypomniał się profesor z opowiadania Lema, który chciał udowodnić, jak łatwo wyciosywano skrobaczki w epoce kamiennej, ale zwichnął kciuk i stłukł okulary, a skrobaczki nie wyciosał.
                                                              *  *  *
Rano odżył temat powrotu do Goliny. Plaut rozumiał doskonale, że stanowcze upieranie się przy dalszym marszu nie ma sensu. Poza tym, miał wszystkich swoich bliskich przy sobie, podczas gdy inni nie mieli takiego szczęścia. W końcu po długiej, co rusz przeradzającej się w kłótnię, dyskusji, postanowiono wysłać czteroosobowy rekonesans. Z ich strony poszli Artur i Stuchlik, a pragnących powrotu do miasta reprezentowało dwóch najgłośniej gardłujących młodzieńców.
To było niepotrzebne ryzyko, ale trudno ludziom odmówić resztki nadziei, jaką wiązali z wyprawą. 

Dzień był stracony, ale zdawał sobie sprawę, że inaczej albo ostatecznie rozbije dopiero co zawiązaną grupę, albo zatruje stosunki między nagle powstałymi frakcjami. Sam, w kontekście tego, co opowiadał Stuchlik, wątpił, by udało im się napotkać żywych ludzi.

Gdy zwiadowcy odeszli, spacerował z synami wokół obozu. Bez większej nadziei szukali grzybów, jakby chciał zakosztować tego, co wkrótce miało stać się dla nich codziennym przymusem. Reszta została na wzgórzu. Marek pilnował, by cały czas mieć ich w zasięgu wzroku. Już zdążyli się podzielić. Niektórzy obrażeni, zamknięci w sobie, jakby to, że nie wylecieli w powietrze, było jego winą. Ich życie było najlepsze na świecie, a teraz stało się nie do zniesienia. Ale nie darmo chodzimy.

- Tato! Tato!

Podszedł i zobaczył cały rząd kurek częściowo ukryty pod liśćmi. Były wszędzie, gdzie spojrzeć. Patryk pobiegł po mamę i zaczęli zbierać. Rodzinne grzybobranie w strefie wojny. Jak uroczo! Ludzie zdziwieni patrzyli z góry, ale gdy zrozumieli, co robią, zaczęli się przyłączać i zaraz zrobiło się mniej dramatycznie. Najpierw siostra Wiktora, potem jedna z tych młodych dziewczyn, kolejni.

- Ale wysyp – ktoś powiedział.

Zbierali pilnie, komentowali, jakby te żółte grzybki były manną zesłaną z nieba. Razem z zajęciem pojawił się skromniutki cel. Kurki, setki kurek. Monika, nawet Monika, która nigdy nie lubiła chodzić do lasu, bo przerażały ją pająki, zbierała z zapałem.
                                                                *  *  *
Smażyli grzyby. Sam zapach poprawił ludziom humor, poza Markiem zarażonym przez Stuchlika, który na wszystko patrzył pod kątem tego, czego im brakuje.

- Jedna butla oleju, brak pieprzu, jajek, śmietany, ostatki chleba – wyliczał. -  Będzie może po kromce...

Wiedział, że za chwilę wszyscy zaczną sobie to uświadamiać. Spojrzał na żonę. Pokiwała głową, co uznał za znak, iż ona też to rozumie. Uśmiechnęła się smutno, odgarnęła włosy z czoła i związała je w krótki kucyk, żeby czymś zająć ręce. Wtedy nadbiegli chłopcy, wpadli na nią, przytulili. Marek odwrócił głowę, bo poczuł łzy na policzku. Otarł je i podszedł  do Wiktora, który z Anką i jedną z dziewczyn robili coś w rodzaju pobieżnej inwentaryzacji.

- Musimy wiedzieć, na czym stoimy. To ważne. Broni u nas dostatek, ale środków do czyszczenia ani grama.

- Zwierzęcy tłuszcz, popiół – Plaut wzruszył ramionami. - Wszędzie ten sam brak, niedostatek. Na co nie spojrzał. Musielibyśmy ze sobą zabrać cały nasz świat.  Za wysoko zaszliśmy, by zaczynać od początku. To, co mieli, świetnie by starczyło na kilkudniowy biwak.

- Przetrwamy? – spytała Anka.

Patrzyła na niego i po namyśle z przekonaniem pokiwał głową.

- Pewnie tam, w Golinie ocalało wiele rzeczy - mruknęła

Nie wspomniała o ocalonych ludziach.
                                                              *  *  *
Niepokój powrócił wraz z nadciągającym zmierzchem. Zwiadowcy nie wracali. Byli tacy, którzy patrzyli na to optymistycznie, wieszcząc, że z pewnością wszystko jest w porządku i nazajutrz oni sami pomaszerują do opuszczonych w przypływie dziwacznego kaprysu domów.

- Dobre sobie – skomentował to Wiktor. – Skoro wszystko było w porządku, dlaczego siedzimy przy ognisku w lesie?

Było już zupełnie ciemno, gdy usłyszeli trzask łamanych gałązek i buczenie, które w założeniu miało imitować dźwięk trąbki.

- Wracają, jak wyszli, we czterech. Nie, kogoś niosą.

- Kogoś niosą, ktoś ocalał!

Zbiegli do nich po stoku. To Stuchlik trąbił w złożoną pięść.

- Tutututu!

- Idiota! – podsumowała jedna z tych jego bibliotekarek.

- Nic tam nie ma – Artur powtórzył. W świetle ogniska widać było, jaki jest zmęczony.

- Co? Co?

Ci ledwie dyszeli, poszarzali, udręczeni tym, że nie przynoszą dobrych nowin. Ten „ocalony” okazał się upolowanym po drodze koziołkiem. Dlatego tak długo im zeszło. Musieli sarniaka oprawić, co okazało się niełatwym zadaniem.

- Tam nic nie ma i jakby... nigdy nie było – powtarzał Artur, chciwie pijąc wodę z podanej mu plastikowej butelki.

- Tylko las i las. Tam, gdzie rynek, tylko piaszczysta polana. Nic więcej. Nawet wykopali dziurę, ale nie znaleźli śladu po mieście ani po wybuchu. Wszyscy zaczęli mówić jednocześnie. Jedni, że po prostu zabłądzili. Inni wprost zarzucali im kłamstwo.

Stuchlik wziął Marka na bok i ten pomyślał, że chce powiedzieć coś więcej, zdradzić jakąś tajemnicę, ale Adam zaczął o koziołku. To była jego chwila, jego prywatny tryumf.

- Z łuku, z mojego łuku! Stał, rozumiesz, o dziesięć metrów i patrzył, patrzył... Ja powoli, z namysłem, a chłopaków zamurowało. Tylko ja, rozumiesz, tak cicho, aż napiąłem do końca i prosto w serce. Najgorsze było to prucie, czyszczenie...

Zatracił dystans, chwalił się, żądał pochwały, ale Marek zauważył, że myśliwemu drżą ręce. Jakby dopiero co wypuścił śmiercionośną strzałę i cięciwa nadal drżała przy policzku. W świetle ogniska jego szeroko otwarte oczy były czerwone, krwawe.
                                                               *  *  *
Zabrali się za krojenie, dzielenie mięsa i dyskusja o sensie przyniesionych przez zwiadowców informacji niepostrzeżenie ustąpiła obradom kulinarnym. Prawie każdy miał coś do powiedzenia, ale tym razem nie brakowało chętnych do znoszenia gałęzi i po chwili ogniska rozbłysły jak nigdy przedtem.

Nim zdążyli zdecydować, ile mięsa zabiorą w drogę, a jaka część stanie się kolacją, inni już piekli nadziane na patyki porcje. Ktoś zaczął wywodzić, że dziczyzna jest zdrowa, bo nie zawiera cholesterolu.

- Dietetyk się znalazł, psia krew! – Plaut  zaklął na widok rozprzestrzeniającej się anarchii. – Jak już pieczecie, to dokładnie. Są jakieś choroby i nie wolno...

- Dziki, to dziki mają – zaprzeczył chłopak, który rzekomo znał się tylko na samochodach.

Dym z ognisk, zapach pieczonego mięsa, rozgardiasz. Brakowało tylko bębna i tańców przy ognisku, a przecież to był dopiero drugi dzień. Zamiast płaczu, rozważań i wspomnień, zapanowało mięso, świeże soczyste mięso.
                                                                    *  *  *
Po trzech dniach wędrówki stracili nawet orientacyjną rachubę, ile przeszli kilometrów. Jedyna mapa, jaką posiadali, była wydrukowana na wewnętrznej obwolucie kalendarza, w którym zapisywał godne uwagi zdarzenia i była to mapa samochodowa Polski formatu a 4.

Osobiście zwątpił, czy nawet najlepszy atlas pomógłby im zachować orientację. Do brzegu Warty dotarli po półtoradniowym marszu, choć doskonale pamiętał, że podobna eskapada zabierała mu niecałe trzy godziny.

Gdy już byli nad rzeką, choć przedtem ustalili, iż spróbują się przez nią przeprawić i będą konsekwentnie zmierzać na południe, zaraz po tym, jak Artur przepłynął nurt wpław i wrócił z niepokojącą wieścią, jakoby dalej, pomimo wyglądającego zachęcająco piaszczystego brzegu, ciągnęły się podmokłe tereny przechodzące w bagna, Stuchlik wyskoczył z konceptem zbicia tratwy i spływu z biegiem rzeki. Pomysł był niezły, poza tym, że nie posiadali gwoździ ani lin, którymi mogliby związać zrąbane siekierami pnie drzew.

W końcu po wielkiej kłótni, w trakcie której Marek uświadomił sobie przykrą prawdę, że jego przywództwo, jako inicjatora wyprawy jest kwestionowane przy każdej okazji, doszło do wymuszonego głosowania, które jego koncepcja wygrała jednym głosem, choć musiał przyznać, że od opozycyjnego pomysłu różniła się w zasadzie tylko kierunkiem marszu. Poszli wzdłuż rzeki pod prąd, ale wkrótce nawet on pożałował swojej decyzji. Chaszcze i błota odpychały ich od koryta. 
Teren był podmokły, a nieustający upał i chmary komarów odbierały im resztki już nadwątlonych sił.

Wybawienie przyszło w samą porę, gdy już mieli zawracać. Chaszcze ustąpiły miejsca sosnowemu lasowi, a po przejściu kilkuset metrów natrafili wreszcie na wymarzony bród.  Odkąd opuścili obozowisko na wzgórzu, był to ich pierwszy sukces. Zejście było łagodne i piaszczyste, a po drugiej stronie rzeki ujrzeli podobne. Na piachu dookoła wszędzie znajdowali wiodące ku wodzie tropy zwierząt. Odciśnięte kopyta, racice, ale ani jednego śladu pozostawionego przez człowieka,

- Choć tata, ale łapa, chyba misia! – Ucieszył się Adaś.

Podszedł do syna. Tak, to najprawdopodobniej były ślady pozostawione przez niedźwiedzia.

- Pazury, o jak głęboko! - Jaki świeży ślad. 

I zaraz wszyscy zbili się w gromadkę, i zaraz karabiny gotowe do obrony, ale zwierzynę reprezentował tu tylko dzwoniący nad piaszczystą łachą skowronek.
Najpierw przenieśli część dobytku, potem dzieci i jeszcze raz wrócili po zapasy. Po wszystkim ledwie żyli ze zmęczenia i o dalszym marszu tego dnia nie było już mowy, choć ledwie minęło południe. Odpoczywali, suszyli zmoczone podczas przeprawy rzeczy, pluskali się z dzieciakami w płytkiej, nagrzanej wodzie. To popołudnie po trzech dniach nieustannej męki, przedzierania się przez kolczaste chaszcze, po kłótniach, falowych atakach komarów, zdało się iście rajskim wypoczynkiem. 

Marek leżał na piasku i rozkoszował się chwilą. Nie chciał z nikim rozmawiać, nie chciał nawet myśleć. Gwar głosów zdawał się być odległy, nieistotny. Woda była czysta, trawa zielona, a zima równie odległa jak świat, w którym przeżył prawie czterdzieści lat.
Niestety, wkrótce dotarły do niego głosy rozmawiających, a gdy rozpoznał Monikę, wbrew sobie zaczął słuchać i nastrój prysnął bezpowrotnie.

- Idziemy na południe. Góra trzydzieści dni, o ile wcześniej nie znajdziemy jakiegoś wyjątkowo dobrego miejsca - perorował Artur. - Jeśli droga będzie lepsza, powinniśmy zrobić ponad dwieście kilometrów.

- Trzeba to jasno powiedzieć, ale i to, co przyjmiemy jako dobre miejsce, bo dla wielu to będzie to, gdzie teraz siedzimy. W sumie... Ładnie tu jest, jakby kto się mnie o to pytał. Rzeka, las, zwierzęta. – 

Usłyszał głos żony. Radziła, podczas gdy on leżał jak bezmyślna kłoda. - Bywa  i tak – wymruczał, ale otworzył oczy.

- Określmy teraz, jakiego miejsca szukamy – wtrącił Paweł. - Spiszmy wszystkie cechy, żeby nie było potem...

- Dostęp do płynącej wody, ale coś większego niż strumień – zaczęła Monika.

- Las bogaty w zwierzynę – No tak, tego nie trzeba szukać.

- Miejsce na wzniesieniu, by nas powódź, w razie czego...

- Kawałek pola, żeby nie trzeba karczować.

- Aha, pola...
                                                              *  *  *
Mżawka zdawała się nie mieć końca. Marek niósł opatulonego w folię Adasia, podczas gdy Patryk wziął do swojego plecaka dwa pudełka amunicji i z dumą taszczył przewieszony przez ramię pistolet automatyczny. Plaut poklepał synka po ramieniu, a potem spojrzał na żonę, uśmiechnęła się, ale nie był pewny czy do niego, czy dlatego, że z tyłu odezwał się iście barani głos Stuchlika, sławiący ułanów, którzy przybyli pod okienko.

Szli przez morze traw ku majaczącym na horyzoncie łagodnym, porośniętym lasem wzgórzom. Po szesnastu dniach marszu usilnie starał się przekonać samego siebie, że to jest właśnie miejsce, gdzie założą pierwszy zimowy obóz, a może zostaną na dłużej. Szesnaście dni i byli wykończeni. Mimo tego że pilnowali się, by wyjść w odpowiednich butach, ich stopy były w fatalnym stanie. Nie wszyscy mieli obuwie zimowe, a niezniszczalne markowe super wygodne sportowe obuwie nie wytrzymywało długotrwałego marszu po bezdrożach.

Założyli, że będą szli przez minimum trzydzieści  dni. Nic nie mówił, ale miał to już za bajki. Co dzień wyruszali później i wcześniej zatrzymywali się na odpoczynek. Nie poganiał, nikt nie poganiał opieszałych. Nie brakowało zwierzyny, ale mimo tego zapasy kurczyły się w zastraszającym tempie.

Szedł wpatrzony we wzgórza zamykające horyzont i modlił się, by były wzgórzami z nawiedzających go snów. Ich widok ożywił maszerujących. Nawet z tej odległości widzieli, że porośnięte są wysokim lasem i ludzie zaczęli wypatrywać oznak, świadczących o płynącej u ich podnóża wodzie.
                                                              *  *  *
Gdy weszli między wyższe od nich trzciny, wiedział, dotarł tam, dokąd dążył. Rozlewisko ze snu stanęło przed nimi otworem. Tafla ciemnej wody pod zachmurzonym niebem. Stanęli zbici w gromadę, pociągając nosami, nieszczęśliwi z powodu nagłej przeszkody a Marek pojął, że tylko jego uradował ten widok, bo jedynie on wiedział...

- Tu jest płytko – rzekł. Zdjął buty, podwinął nogawki i ruszył pierwszy z drzemiącym Adasiem na rękach, nie oglądając się za siebie...

Woda sięgała mu do połowy łydek, dno było piaszczyste, a nieliczne kępy trawy i pływające po powierzchni zielsko nie kryły w sobie żadnych przerażających tajemnic. Szedł zamaszyście, rozbryzgując wodę. Tylko ocieniona przez pochylone badyle gęsto rosnących trzcin wydawała się groźna i tajemnicza. Usłyszał, że ruszyli za nim, nagle weseli i hałaśliwi. Żeby jego szczęście było pełniejsze, pękła ołowiana zasłona chmur i światło zalało rozlewisko i zielone lesiste wzgórza.

Dotychczas ostrożne psy wyprzedziły Marka i swobodne gnały w kierunku coraz bliższego piaszczystego brzegu. Ledwie przeszli połowę, a one już były u celu, Aza i retriever przybłęda, którego każdy nazywał inaczej. Otrząsały się, skakały radośnie, jakby dawały sygnał, że ich wędrówka dobiegała końca.

Paweł zauważył, jak później tłumaczył, cień wielkiej ryby na płyciźnie i odruchowo ruszył w bezcelową pogoń. Usłyszeli krótki krzyk i na moment zniknął, by po sekundzie wypłynąć  z jeszcze głośniejszym wrzaskiem. Wyciągnęli go na płyciznę i dopiero wtedy zorientowali się, że idą po szerokim wale, rodzaju naturalnej grobli, której boki dość stromo opadały na głębokość około dwóch metrów. Trafili szczęśliwie, co nie było niczym osobliwym, skoro prowadził ich Marek, powtarzający co chwilę:

- Moje rozlewisko, mój las, i zupełnie po cichu, mój dom.

Wyszli na brzeg. Oparł się rękami o potężny głaz, ten sam kamień, na którym we śnie suszył buty. We śnie można było pozwolić sobie na zamoczenie butów. We śnie tak.
                                                               *  *  *
Choć do zmierzchu było jeszcze daleko i po rozpadzie jednolitej pokrywy chmur świat błyskawicznie nabierał ciepła, prawie od razu rozpalili niewielkie ognisko. Nauczyła ich tego droga, a poza tym paląc ogień, czuli, że w pewnym sensie zajmują teren, na którym mieli odpoczywać. Zatrzymali się na pierwszym, tym zapamiętanym ze snów wzgórzu, choć Plaut znał ostateczne miejsce i nie dzieliło ich od niego więcej niż godzina marszu. Podczas gdy jedni rozbijali trzy namioty, jakie były w ich dyspozycji, inni rozciągali między drzewami brezentowe płachty, znosili drewno na wieczorne ogniska, Stuchlik z Arturem poszli na polowanie.

Obywali się bez poleceń, marudzenia. Każdy wiedział, co do niego należy, nim rzuci się na piasek, by odpocząć. Nie pierwszy raz pochwalił w myślach ludzi, z którymi przyszło mu wędrować w nieznane. On pełnił rolę wartownika. Majestatycznie przechadzał się z gotowym do strzału karabinem, choć wiedział doskonale, że tutaj nic im nie grozi. Znał głazy, zwalone przez wichury drzewa i widok na cztery strony świata, rozpościerający się z tego górującego nad lasami płaskiego szczytu. Mimo wszystko postanowił wystawić nocną wartę. Niżej między drzewami krzątali się jego przyjaciele.
                                                                *  *  *
Marka zmieniał Wiktor.

- Tylko zwierzęta, od czasu do czasu i rozmowy cholernych sówek, ale i one ucichły.

- Jeśli nie spotkamy ludzi, zginiemy. Złe, monotonne  jedzenie, brud, przyjdą chłody a z nimi choroby. Może przetrwamy tę zimę, ale my prawie niczego nie potrafimy. Musimy spotkać ludzi!

- My jesteśmy ludźmi, poradzimy sobie! – odpowiedział przyjacielowi Plaut i ostrożnie, by nie spowodować lawiny piasku i drobnych kamieni, zszedł do obozowiska. Za plecami słyszał dochodzący z góry cichy śmiech Wiktora.

Przechodząc między śpiącymi, niechcący potrącił młodego mistrza motoryzacji.

- Wymontuj gaźnik, musisz wymontować gaźnik – zakomunikował tamten i zachrapał.
No tak.
                                                                     *  *  *
Z kolejnego wzgórza mieli doskonały widok na ginącą za horyzontem puszczę. Była i rzeka o wartkim nurcie i szeroki pas trawy ciągnący się wzdłuż obydwu jej brzegów. I wodopój zryty kopytami i racicami. Bez zbędnego gadania wiedzieli, że dotarli na miejsce. Wzgórz było siedem, a oni stali teraz na najwyższym. Pozostała kwestia wyboru miejsca. Schodząc ku rzece, natrafili na wartko płynący strumień. Chwilę szli jego brzegiem, nim Marek trafił na miejsce ze snu.

- Tutaj – powiedział.

Cała gromada zatrzymała się i zaczęła rozglądać, podczas gdy on widział już przyszły obóz zimowy.

- W tej skarpie wykopiemy jamę, podstemplujemy, tędy wyciągniemy komin. Podłoga z bali, wyrównamy gliną, piaskiem. Dobudujemy drewniany długi dom, uszczelnimy, drugi komin tutaj. Tam toalety, bo to ważne. Woda ze strumienia pod ręką, do rzeki pięćdziesiąt kroków. Wartownię będziemy mieli nad głową, w razie czego.

- Jest miejsce na ognisko przed domem. Widok na dolinę, jakby co. Jeszcze lepiej, że dom od południowej strony. Drewna mamy, ile chcemy. Najpierw przy strumieniu rozbijemy prowizoryczny obóz i do roboty.

Mówił i mówił, wskazując miejsca, wodził wzdłuż ścian, ukazywał krzywiznę dachu, wędrował ścieżkami, które zostaną dopiero wydeptane. Czuł, jak pilnie go słuchają i zaczynają widzieć, to co on, a jemu wszystko wydawało się teraz proste i oczywiste.

-  Znajdziemy glinę, bo trzeba nam naczyń, cegieł. Tu ściana, tu wejście. Świetlik, komin, palenisko, piec. Raz, dwa, trzy. Cywilizacja. Lampy, zwierzęcy tłuszcz. Wytropić pszczoły, bo miód, wosk. Raz, dwa, trzy, cztery. Rzeka? Jasne, że pływają w niej ryby, o takie! Gdzie niby miałyby żyć, jak nie w rzece?

Mówił, aż się zadyszał, zmęczył, ale doskonale czuł, że po tych wszystkich wahaniach związanych z trudami marszu, ponownie wysunął się na czoło grupy.

- A w tej niecce po lewej na pewno jest glina. Zobaczcie, jaka ziemia tutaj!

Aza wyjrzała ostrożnie z niecki, a po chwili wylazła na trawę. Faktycznie łapy miała upaprane gliną. 

Popatrzyli na niego, skąd niby wiedział?

Wzruszył ramionami, a potem rozpostarł je najszerzej jak mógł, jakby obejmował świat we władanie.

- Nieźle mu bije – skomentował młody mechanik.
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • Zabawne, bo dajesz celne rady rządzącym, a następnie wdajesz się w dyskusje z identycznym...
  • Aby wilk był syty i owca cała, wystarczy dla przykładu nawlec co dziesiątego, wybranego...
  • No tak, ale to co piszemy jest prawdą. PO to banda zdrajców i sk...nów godnych sznura. Czasy...

Tagi

Tematy w dziale Kultura