Blog
per fas et nefas
JPJarecki
13 obserwujących 166 notek 154533 odsłony
JPJarecki, 6 maja 2017 r.

Prawo do powrotu. Rozdział trzeci

246 0 0 A A A

- Czerwona róża, biały kwiat, czerwona róża, biały kwiat. Wędruj harcerko, harcerko wędruj, wędruj harcerko ze mną w świat – zaśpiewał zgoła niespodziewanie Jędrzej i przyjrzawszy się pod światło zawartości butelki, uznał za stosowne rozlać resztę alkoholu.

- Nie przesadzaj, stary - powiedziałem, ale cóż mógłbym mieć przeciwko uzupełnieniu szklanek, skoro odstawiając opróżnioną butelkę, zza fotela wyciągnął kolejną.

- Ciesz się weekendem, ciesz się chwilą – pouczył mnie prawie belferskim tonem. – Skoro Grażyna puściła cię wreszcie z wiochy do stolicy, uczcijmy to jak mężczyźni. – Niech znikną lęki i frustracje, bo zaczynają się wakacje! – deklamował.

- Będzie nam wesoło, bo z nami de ZOO – odparowałem w podobnie poetyckim duchu, przypominając sobie Tytusa.

                                                               *  *  *

Wyszedłem  na balkon i rozejrzałem się po tym jego zamkniętym osiedlu. Zauważyłem trzy przemykające, zajęte swoimi sprawami koty i stado kawek penetrujących trawniki, ale w zasięgu wzroku nie miałem ani jednego człowieka.

- Auta drzemią w podziemnych garażach, skąd ludzie niczym termity w kopcu przedostają się klatkami schodowymi do swoich mieszkań – powiedziałem.

- Termity nie miewają samochodów – zauważył Jędrzej. – Poczekaj, poczekaj... Ty przywlokłeś ten zwrot: „chętnie miewa”.

- To ze staropolskiego opisu bobra, że ten, swój dziwny ogon w wodzie chętnie miewa. Piękny był język, póki nie skacapiał, nie wytarł się w urzędach i gazetach.

- Przypatrz się. Oto moja Białołęka w piątkowe popołudnie. – Wykreślił w powietrzu wstęgę Moebiusa, aż w szklance chlupnęła whisky. – To jest dopiero wioska, nie to co u ciebie. Spójrz na te chaszcze po lewej, co chronią Wisłę przed twoim wzrokiem prowincjusza. Toż to ostoja dzików, saren i wszelkiej innej zwierzyny. – Jędrzej postawił szklankę na szklanym blacie stolika, usiadł koło mnie na drugim ratanowym foteliku i przesunął w moją stronę spodeczek, który używałem jako popielniczki.

- Miałeś nie palić – przypomniał.

Jak nie Grażyna, to znowuż on. Ciężkie jest życie człowieka rzucającego palenie, który wybrał strategię rozpowiadania o swoim postanowieniu na prawo i lewo. Nie podjąłem tematu. Jeszcze brakowało mi opowieści o tym, jak na studiach bohatersko rzucił palenie.

- Pustka, panie – powiedziałem.

- Zobaczysz wieczorem. Nawet połowa okien nie rozbłyśnie. Środek lata, ludzie się rozjechali, a poza tym weekend, a tutaj większość mieszkań to kawalerki jak dziuple. Ludzie w piątek po południu odlatują do domów. Warszawiacy, prawda, i górale. To osiedle wielkiej ciszy. Od rana brygada sprzątająca, psiarze wyprowadzają gadzinę za osiedle, bo tu rozumiesz, zakaz srania. Powtórka wieczorem. Czasem jakieś dziecko z piłką w drodze na boisko.

- No tak, u nas o tej porze większy ruch...

- U was, no właśnie – wszedł mi w słowo. - Tak się zastanawiałem, czy... Bo przecież akcję powieści umieściłeś w swoim wspaniałym miasteczku. Przecież ty nawet mieszkasz przy ulicy Długiej.

- W każdym mieście i miasteczku jest ulica Długa – odparowałem.  - Ten temat już poruszaliśmy. Początkowo miejscem akcji była Kolina, ale to był dziecinny, niczemu nie służący wybieg. Wtedy Konin powinien zostać Goninem, ale przecież ani Poznania, ani Warszawy bym nie ruszył.

- No tak, ale naszą, warszawską Długą można obejrzeć na obrazie Canaletta, a o waszej będzie można przeczytać dopiero w twojej książce. Na przykład ci ludzie spod piątki. Chciało ci się sprawdzić, kto mieszka pod tym numerem, bo jeśli młode małżeństwo to ja bym raczej wymyślił nieistniejący numer.

- Sprawdziłem. Nikt tam nie mieszka. Właściciele zmarli i spadkobiercy wystawili na sprzedaż. Na bramie wisi ogłoszenie biura obrotu nieruchomościami.

- Nie wiesz, ile żądają?

Pytanie Jędrzeja było objawem zawodowego skrzywienia, gdyż poza prowadzeniem wydawnictwa zajmował się i prawdę rzekłszy żył z handlu nieruchomościami. Sam, na skutek naszych częstych rozmów telefonicznych, byłem nieźle zorientowany w problematyce stołecznego obrotu gruntami.

- Nie wiem, aż tak skrupulatny nie jestem. U mnie w powieści mieszkają, a właściwie mieszkali…

- Po mojemu, skoro zostali rozszarpani, dom wróci na rynek wtórny. – Roześmiał się głośno. – W amerykańskim filmie takie nieruchomości kupują frajerzy za cenę niższą niż rynkowa, a potem użerają się z demonami. Właśnie negocjuję tak skurwiały kontrakt... Przydałby się ktoś, kto rozszarpałby część współwłaścicieli pierdolonej działki, a jest ich dokładnie trzydziestu i jeden. Ale poważnie, nie sądzisz, że gdy książka się ukaże i rozejdzie się wieść, gdzie się toczy akcja, ktoś może mieć…

- Pretensje? Daj spokój! Przypominam o Trylemacie Lema. Po pierwsze: nikt nic nie czyta; po drugie: jeśli czyta, to nic nie rozumie; po trzecie: jeśli zrozumie, to natychmiast zapomina.

Nie odpowiedział, a ja wpatrzony w nieodgadnione oko gołębia, który przysiadł na barierce, zamyśliłem się nad chimeryczną lekkością bytu mieszkających tu ludzi. Odcięci od korzeni, dziś tu, jutro gdzie indziej, w pogoni za marzeniami, które już za chwilę, dosłownie za moment miały się spełnić. Pogoń za niedościgłym króliczkiem. Między ciszą obrzeża, a tętniącym centrum, które też jest obrzeżem, prowincjonalną namiastką.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Tematy w dziale Kultura